— Dziękuję, wolę pająki — odparła, łowiąc dwa nierozważne, które znalazły śmierć w śmietance. — Jak śmiesz przypominać mi ten okropny obiad, kiedy twój tak się udał pod każdym względem — dodała i śmiejąc się, jedli we dwoje z jednego talerza, bo zabrakło porcelany.
— Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczególnie miły, a jeszcze nie koniec przyjemności. Nie moja w tym zasługa, bo nic sam nie robię, tylko ty, Małgosia i Brooke umilacie czas, za co jestem nieskończenie wdzięczny. Co będziemy robić po jedzeniu? — zapytał.
— Możemy bawić się w gry, póki nie jest gorąco. Proponuję „autorów”, a miss Katarzyna pewnie zna coś nowego i zabawnego. Idź ją zapytać. Jest gościem, więc powinieneś więcej przy niej siedzieć.
— A czy ty nie jesteś gościem? Sądziłem, że spodoba się Brooke’owi, ale on cały czas rozmawia z Małgosią, a Kasia właśnie wpatruje się w nich przez te swoje śmieszne szkła. Pójdę, ale przestań prawić morały o przyzwoitości, bo nie powinnaś.
Miss Katarzyna istotnie znała różne nowe gry i ponieważ dziewczęta nie chciały już jeść, a chłopcy nie mogli, zgromadzono się w pokoju bawialnym, żeby się bawić w „klepaninę”, co odbywa się w ten sposób, że ktoś zaczyna opowiadać cokolwiek i mówi, póki mu się podoba, dopiero w jakim znaczącym miejscu milknie nagle, a druga osoba podchwytuje słowo i opowiada dalej. To bardzo zabawne, jeśli dobrze idzie, robi się bowiem śmieszna mieszanina rzeczy komicznych i dramatycznych.
— Panie Brooke, proszę zacząć — rzekła Kasia z rozkazującym gestem, który zaskoczył Małgosię, bo ona traktowała nauczyciela z takim samym szacunkiem, jak każdego innego gentlemana.
Leżąc na trawie u nóg dwóch panienek, pan Brooke posłusznie zaczął opowiadanie, wpatrzony pięknymi ciemnymi oczyma w połyskującą rzekę.
— Dawno, dawno temu pewien książę wyruszył się w świat, żeby szukać szczęścia, bo nic nie miał prócz miecza i tarczy. Podróżował długo, prawie dwadzieścia osiem lat, i ciężkie chwile przeżywał, aż nareszcie trafił na pałac dobrego i starego króla, który obiecał nagrodę temu, kto zdoła ujeździć jego ulubione źrebię, ładne, lecz krnąbrne. Książę zgodził się na odbycie próby i zaczął jeździć powoli, lecz śmiało. Dzielny rumak prędko pokochał swego pana, chociaż był kapryśny i dziki. Książę, dając codzienną lekcję ulubieńcowi króla, objeżdżał miasto i rozglądał się za piękną twarzą, którą widział nieraz we śnie, lecz nigdy na jawie. Pewnego dnia na jakiejś cichej ulicy w zrujnowanym zamku zobaczył w oknie te urocze rysy. Rozradowany, spytał, kto tam mieszka. Odpowiedziano, że kilka księżniczek uwięzionych czarami i że cały dzień przędą, żeby zebrać pieniądze i kupić sobie wolność. Książę gorąco zapragnął je wyzwolić, ale był ubogi i mógł tylko przejeżdżać co dzień, przyglądać się lubej twarzy i tęsknić za chwilą, kiedy ją zobaczy w blasku słonecznym. Nareszcie postanowił wejść do zamku i zapytać, w jaki sposób może im pomóc. Poszedł i zapukał... wielka brama otworzyła się na oścież i ujrzał...
— ...prześliczną damę, która wykrzyknęła z radością: „Nareszcie!” — ciągnęła dalej Kasia, oczytana we francuskich romansach i rozmiłowana w ich stylu. — „To ona!”, zawołał hrabia Gustaw i padł jej do nóg w radosnym uniesieniu. „Ach, powstań!”, rzekła, wyciągając marmurowo białą rękę. „Nie wstanę, póki mi nie powiesz, w jaki sposób mogę cię uwolnić”, przysięgał książę, klęcząc ciągle. „Niestety, srogi los skazał mnie na to więzienie, póki mój tyran nie zostanie zgładzony ze świata”. „Gdzie jest ten nikczemnik?” „W błękitnej sali. Idź, zacny człowieku i wyrwij mnie z rozpaczy”. „Odchodzę, wrócę zwycięski lub zginę”. Po tych przeszywających słowach wybiegł i otwierając drzwi od błękitnej sali, już miał wejść, kiedy uderzył go...
— ...gruby leksykon grecki, którym rzucił w niego pewien jegomość w czarnym ubraniu — rzekł Ned. — Sir Jak-Mu-Tam natychmiast doszedł do siebie, wyrzucił tyrana przez okno i powrócił do damy z triumfem, lecz i z guzem na czole. Zastawszy drzwi zamknięte, podarł firanki na pasy, zrobił z nich drabinę, zszedł do połowy, ale drabina pękła i padł głową w rów głęboki na sześćdziesiąt stóp. Ponieważ pływał jak kaczka, okrążył zamek, aż dotarł do furtki, strzeżonej przez dwóch wielkich drabów. Uderzył ich głowami o siebie, aż pękły jak orzechy, potem niewielkim wysiłkiem swych olbrzymich sił wyłamał drzwi, wszedł na kilka kamiennych schodów pokrytych gęstym kurzem, ropuchami dużymi jak pięść i pajęczyną, która przyprawiła by pannę March o konwulsyjny strach. Na szczycie schodów uderzył go widok, który mu zatamował oddech i ściął krew.