— Myślałam, że to poezja.
— Miejscami są wiersze. Spróbuj tego fragmentu.
Dziwny uśmiech przeszedł po ustach pana Brooke’a, kiedy trafił na miejsce, gdzie biedna Maria lamentuje.
Małgosia podążając za długim źdźbłem trawy, której używał jej nowy nauczyciel do wskazywania, czytała wolno i nieśmiało, bezwiednie tworząc poezję z twardych słów miękkim dźwiękiem melodyjnego głosu. Zielona wskazówka dotarła do końca stronicy, a Małgosia, zapominając o swej słuchaczce pod wpływem uroku tej pięknej sceny, czytała jak gdyby dla siebie, nadając lekko tragiczny ton słowom nieszczęsnej królowej. Gdyby wówczas widziała ciemne oczy, umilkłaby zaraz, lecz nie spojrzała w górę ani razu i lekcja nie została niczym przerwana.
— Bardzo dobrze, doprawdy! — rzekł pan Brooke, gdy ucichła, nie wiedząc zupełnie o swych licznych pomyłkach, i z taką miną, jakby wierzyła, że istotnie „lubił uczyć”.
Miss Katarzyna przyłożyła szkło do oka i przyjrzawszy się temu obrazkowi, zamknęła album z rysunkami, łaskawie mówiąc:
— Masz ładny akcent i z czasem czytałabyś dobrze. Radzę ci się uczyć, gdyż język niemiecki cennym jest nabytkiem dla nauczycieli, ale muszę się obejrzeć za Gracją, bo okropnie dokazuje. — Po czym odeszła i wzruszając ramionami, rzekła w duchu: „Nie przyjechałam tu po to, żeby matkować guwernantce, chociaż jest młoda i ładna. Jacy dziwaczni ludzie z tych jankesów! Boję się, żeby nie zepsuli Artura”.
— Zapomniałam, że w Anglii odwracają się od guwernantek i nie obchodzą się tak z nimi jak u nas — rzekła Małgosia, patrząc za odchodzącą z niechętnym wyrazem twarzy.
— Nauczyciele mają tam nie mniej ciężkie życie, wiem o tym na nieszczęście. Najlepszym miejscem dla pracowników jest Ameryka, miss Małgorzato! — mówiąc to, miał twarz tak zadowoloną i pogodną, że Małgosia zawstydziła się, iż ubolewa nad swym twardym losem.
— Kiedy tak, to się cieszę, że mi tu dano żyć. Nie lubię swoich obowiązków, ale mam poza nimi bardzo wiele przyjemności, więc przestanę narzekać. Chciałabym tylko uczyć z takim upodobaniem jak pan.