„Co tu robić, dla mnie to wszystko obce” — myślała Eliza i zapominając w tym kłopocie o kalectwie chłopca, rzekła w nadziei, że go rozrusza: — Nigdy nie byłam na polowaniu, ale ty musiałeś je nieraz widzieć.
— Kiedyś tak, ale już nigdy nie będę polował, bo się połamałem, przeskakując przeklętą barierę o pięciu szczeblach. Już nie istnieją dla mnie konie ani psy gończe — rzekł z westchnieniem, a Eliza znienawidziła siebie za mimowolną nieuwagę.
— Wasze jelenie są dużo piękniejsze od naszych brzydkich bawołów — powiedziała, szukając ratunku na łące i w ulubionej książce Ludki, napisanej dla chłopców.
Wzmianka o bawołach ożywiła rozmowę i Eliza, chcąc rozerwać biedaka, zapomniała o sobie tak dalece, że nie widziała, jak siostry cieszą się i dziwią tym niezwykłym widokiem, że rozmawia z jednym ze starszych chłopców, przeciw którym prosiła o opiekę.
— Poczciwe serce, z litości zajmuje się nim! — powiedziała Ludka, spoglądając na nią z placu, gdzie grano w krokieta.
— Zawsze mówiłam, że to mała święta — odrzekła Małgosia takim tonem, jakby to nie ulegało wątpliwości.
— Dawno nie słyszałam Franka śmiejącego się tak dużo — powiedziała Gracja do Amelki, gdy rozmawiały o lalkach i robiły z żołędziowych czapeczek filiżanki do herbaty.
— Moja siostra Eliza ma dużo dowcipu, jak jej przyjdzie humor — powiedziała Amelka ucieszona jej powodzeniem.
Zaimprowizowany cyrk, lis i gęsi oraz przyjacielska gra w krokieta uwieńczyły popołudnie. O zachodzie słońca namiot został rozebrany, kosze upakowane, bramki wykopane z ziemi, łodzie załadowane i nasza gromadka popłynęła, śpiewając na całe gardło. Ned zrobił się sentymentalny i zaśpiewał serenadę z melancholijną zwrotką:
Bolesny ciężar duszę mą przygniata,