— Nie jest rannym łosiem86, w każdym razie — mówił dalej Ned, usiłując być dowcipny, a tak mu się powiodło, jak się zwykle zdarza bardzo młodym ludziom.
Na tej samej łące, gdzie się zebrano rano, rozeszło się to małe grono po serdecznym życzeniu dobrej nocy i pożegnaniu, bo rodzina Vaughan udawała się do Kanady. Gdy nasze panienki szły do domu przez ogród, miss Katarzyna, śledząc je wzrokiem, rzekła głosem pozbawionym protekcjonalnego tonu:
— Amerykańskie panny są bardzo miłe przy bliższym poznaniu, chociaż mają rażące zachowanie.
— Zupełnie się z panią zgadzam — odezwał się pan Brooke.
Rozdział XIII. Zamki na lodzie
W pewien gorący czerwcowy dzień Artur kołysał się rozkosznie w hamaku. Brała go ciekawość, co robią sąsiadki, ale przez lenistwo nie poszedł się dowiedzieć. Miał bardzo zły humor, zmarnował bowiem dzień i chciałby go przeżyć na nowo. Upał czynił go ociężałym, więc niedbale odbył lekcję, wymęczył pana Brooke’a, rozgniewał dziadka kilkugodzinnymi ćwiczeniami na fortepianie, wystraszył służącą pomysłem, że pies się wściekł, wyłajał stajennego za urojone zaniedbanie konia, potem rzucił się na hamak, żeby rozmyślać nad głupotą całego świata — i nareszcie, wśród ciszy tego pięknego dnia, uspokoił się wbrew sobie. Patrząc na zielone głębie indyjskiego kasztana, zwieszającego nad nim gałęzie, marzył o różnych rzeczach, i właśnie wyobrażał sobie, że przebywa ocean w podróży naokoło świata, kiedy posłyszane głosy sprowadziły go na ziemię. Wyjrzawszy przez oko siatki, zobaczył panny March ubrane jak na dalszą wycieczkę.
„Co one zamierzają robić?” — pomyślał, otwierając szeroko oczy, żeby się przyjrzeć, bowiem wyglądały szczególnie. Każda miała kapelusz z wielkimi skrzydłami, ciemny płócienny płaszcz i w ręku kij. Małgosia niosła poduszkę, Ludka książkę, Eliza koszyczek, Amelka tekę. Przeszły spokojnie przez ogród, wymknęły się boczną furtką i zaczęły wchodzić na pagórek dzielący dom od rzeki.
„Pięknie! — pomyślał Artur. — Urządzają piknik, a mnie nie proszą! Łodzią popłynąć nie mogą, bo nie wzięły klucza. Może zapomniały? Zaniosę go i dowiem się, co to wszystko znaczy”.
Sporo czasu upłynęło, zanim znalazł kapelusz, chociaż ich miał pół tuzina; potem znowu polował na klucz, który miał u siebie w kieszeni — i dziewczęta znikły, nim przeskoczył ogrodzenie i udał się w pogoń. Wybrawszy krótszą drogę do łodzi, czekał, żeby się ukazały, a gdy żadna nie przyszła, wszedł na szczyt pagórka, by się stamtąd rozejrzeć. Gaj sosnowy zasłaniał część widoku, lecz z zieleni dochodził dźwięk wyraźniejszy od słabego westchnienia sosen i sennego ćwierkania świerszczy.
„To mi widok!” — pomyślał Artur, zaglądając przez krzaki, całkiem rozbudzony i odzyskawszy już dobry humor.