— Czy nie było ci straszno za pierwszym cięciem? — spytała Małgosia i dreszcz ją przeszedł.
— Rzuciłam ostatnie spojrzenie, gdy szukał przyrządów, i nic więcej. Nigdy się nie zastanawiam nad takimi drobiazgami. Jednak muszę wyznać, że było mi dziwnie, gdy ujrzałam te drogie włosy na stole i poczułam tylko ostre i krótkie końce na głowie. Doznałam prawie takiego uczucia, jak gdyby mi ucięto rękę lub nogę. Ta pani, spostrzegłszy, że na nie spoglądam, zostawiła mi jeden długi pukiel. Tobie go dam, mamo, żebyś pamiętała moją dawną świetność, bo czuprynka jest tak wygodna, że wątpię, czy wrócę kiedyś do grzywy.
Pani March zwinęła kręcący się kasztanowaty pukiel i położyła w stoliku, obok innego, który był krótki i siwy. Rzekła tylko: „Dziękuję ci, moja droga”, ale było coś takiego w jej twarzy, że dziewczęta zaczęły wesoło rozprawiać o tym, jaki pan Brooke dobry, jaka piękna pogoda zapowiada się na jutrzejszy dzień i jak szczęśliwe będą czasy, kiedy ojciec wróci do domu i zacznie wracać do zdrowia.
Nikomu nie chciało się spać, ale o dziesiątej pani March, skończywszy ostatnie zajęcie, rzekła: ”Chodźcie, dziewczęta”. Eliza usiadła do fortepianu, by zagrać ulubiony hymn ojca, i wszystkie podniosły odważnie głosy, lecz jedna po drugiej milkła, i nareszcie ona sama tylko śpiewała z głębi serca, dla niej bowiem muzyka była zawsze słodką pocieszycielką.
— Połóżcie się i nie rozmawiajcie, musimy się wyspać i wstać jutro wcześnie. Dobranoc, moje kochane! — rzekła pani March, gdy hymn się skończył, bo żadna nie miała ochoty próbować drugiego.
Pocałowały ją spokojnie i położyły się tak cicho, jak gdyby ich drogi chory leżał w przyległym pokoju. Amelka i Eliza prędko usnęły pomimo wielkiego strapienia, ale Małgosia leżała rozbudzona, myśląc pierwszy raz w swym krótkim życiu o tak ważnych rzeczach. Zdawało jej się, że Ludka śpi, tak nieruchomo leżała, dopiero usłyszawszy przytłumiony jęk, krzyknęła i dotknęła się zroszonego policzka.
— Ludwisiu droga, co ci jest? Czy z powodu ojca płaczesz?
— Teraz nie!
— Więc cóż ci się stało?
— Moje... moje włosy! — wybuchnęła biedaczka, daremnie usiłując skryć wzruszenie w poduszce.