— Przejdą do rąk panienki i jej sióstr. Wiem to z pewnością, bo madame mi się zwierzyła, i byłam obecna, gdy pisała testament — szepnęła Estera z uśmiechem.

— Jak to miło! Ale chciałabym, żeby darowała nam je nam teraz. Odkładanie jest nieprzyjemne — zauważyła Amelka, spoglądając ostatni raz na diamenty.

— Jeszcze za wcześnie, żeby panienki nosiły takie rzeczy. Pierwsza, która się zaręczy, dostanie te perły, madame tak powiedziała. A ten pierścionek z turkusem, o ile mi się zdaje, panienka otrzyma na odchodnym, bo madame bardzo zadowolona z jej postępowania i uroczych manier.

— Tak myślisz? Ach, będę barankiem, byle bym tylko miała ten ładny pierścionek! O wiele piękniejszy od brylantu Kasi! Jednak kocham ciotkę March — mówiąc to, przymierzyła niebieski pierścionek z promienną twarzyczką i z silnym postanowieniem, że na niego zasłuży.

Od owego dnia była wzorem posłuszeństwa i stara jejmość łaskawie podziwiała skutki swej metody. Estera postawiła w gabineciku podnóżek i stolik, a nad nim obraz, wzięty z jednego z zamkniętych pokojów. Wydawał jej się niewiele wart, ale ponieważ okazał się stosowny, pożyczyła go, dobrze wiedząc, że madame nigdy się o tym nie dowie, a w każdym razie nie będzie się gniewać. Była to jednak bardzo cenna kopia obrazu sławnego na cały świat i Amelka, rozmiłowana w pięknie, nigdy nie mogła się dosyć napatrzeć słodkiej twarzy Matki Boskiej, podczas gdy tkliwe myśli o własnej matce przejmowały jej duszę. Na stoliku umieściła mały Testament, książkę z hymnami i wazon, zawsze pełen najpiękniejszych kwiatów, które przynosił jej Artur. Chodziła tam co dzień oddawać się zbawiennym myślom i prosić Boga, by ocalił siostrę. Estera dała jej różaniec z czarnych pereł ze srebrnym krzyżem, lecz powiesiła go i nie używała, mając wątpliwości, czy to się nie sprzeciwia protestanckiej modlitwie.

Bardzo była szczera w tym wszystkim, gdyż z dale od bezpiecznego gniazda tak boleśnie czuła potrzebę życzliwej i wspierającej ręki, że instynktownie zwróciła się do silnego i tkliwego Przyjaciela, który swą ojcowską miłością najbardziej otacza maleńkie dzieci. Brakowało jej matki do rozumienia siebie i kierowania swym postępowaniem, lecz gdy ją nauczono, gdzie zwracać spojrzenia, robiła co mogła, by znaleźć drogę i postępować nią z ufnością. Ale była młodą pielgrzymką i bardzo dawały jej się odczuć dźwigane brzemiona. Próbowała jednak zapomnieć o sobie, być wesoła, zadowolona z tego, że dobrze postępuje, chociaż jej nikt nie widzi i nie chwali. Chcąc być bardzo, bardzo dobra, postanowiła za przykładem ciotki March napisać testament, aby w razie choroby i śmierci jej mienie zostało sprawiedliwie i szlachetnie podzielone. Ale dużo ją kosztowała sama myśl wyrzeczenia się małych skarbów, które w jej oczach były tak cenne jak klejnoty starej jejmości.

W czasie przeznaczonym na zabawę napisała ten ważny dokument, jak mogła najlepiej, z niejaką pomocą Estery co do pewnych wyrażeń prawnych. Gdy poczciwa Francuzka podpisała swe nazwisko, Amelce zrobiło się lżej i odłożyła testament, oczekując Artura, który miał być drugim świadkiem. Ponieważ był to dżdżysty dzień, poszła z Polly na górę, do wielkiej sali. Była tam duża szafa, pełna staroświeckich ubiorów, którymi Estera często pozwalała jej się bawić. Kładła na siebie spłowiałe brokatele105, paradowała przed lustrem i robiła poważne ukłony, z szelestem zachwycającym jej uszy wlokąc za sobą ogon. Owego dnia tak była przejęta, że Artur zadzwonił i wszedł niepostrzeżenie. Przechadzała się wzdłuż i wszerz, chłodziła się wachlarzem, poruszała głową strojną w duży różowy turban, zabawnie kontrastujący z niebieską brokatelową suknią i żółtą pikowaną spódnicą. Musiała bardzo ostrożnie chodzić z powodu wysokich obcasów i, jak jej później powiedział Artur, było to arcyzabawne widzieć, jak się przechadza w jaskrawym stroju, z tyłu zaś Polly puszy się i kołysze z nogi na nogę, chcąc ją naśladować jak najlepiej; czasem zatrzymuje się ze śmiechem lub krzyczy: „czy nie jesteśmy nie piękne? Idź precz, straszydło! Powstrzymaj język! Pocałuj mnie, droga! Ha, ha!”

Artur powstrzymywał się od śmiechu, żeby nie obrazić majestatu Amelki, lecz wreszcie zapukał i łaskawie został przyjęty.

— Usiądź i odpoczywaj, póki nie zdejmę tych rzeczy, a potem poradzę się ciebie w jednej bardzo ważnej kwestii — rzekła Amelka, gdy się już popisała swym blaskiem i zapędziła Polly do kąta. — Ten ptak jest udręką mego życia — mówiła dalej, zdejmując różową górę z głowy, podczas gdy Artur siadał na krzesło jak na konia. — Wczoraj, kiedy ciotka usnęła, chciałam się zachować cicho jak myszka, tymczasem Polly zaczęła krzyczeć i szamotać się w klatce, więc poszłam ją wypuścić i znalazłam dużego pająka. Gdy go stamtąd wyjęłam, poleciał zaraz pod szafę z książkami. Polly poszła za nim, nachyliła się, zajrzała i krzyknęła z triumfem: „Wyjdź i przespaceruj się, mój drogi.” Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, więc Polly ze złości zaczęła wrzeszczeć, a ciotka March obudziła się i wyłajała nas obie.

— Czy pająk przyjął to zaproszenie? — zapytał Artur, ziewając.