O przyjaciołach twych.
Jakże się Eliza uśmiała, gdy Artur żwawo biegał w tę i z powrotem, znosząc podarki, i z jak zabawnymi mowami rozdawała je Ludwisia!
— Jestem tak przepełniona szczęściem, że gdyby tylko ojciec tu był, nie mogłabym w sobie pomieścić ani odrobiny więcej — rzekła Eliza, wzdychając z zadowolenia, gdy Ludka zaniosła ją do pracowni, by wypoczęła i orzeźwiła się doskonałym winogronem, które jej przysłała Jungfrau.
— Ja tak samo — dodała Ludka, głaszcząc kieszeń, gdzie spoczywało dawno upragnione dziełko, Ondyna.
— Ja także, z pewnością! — zawołała Amelka, wpatrując się w pięknie oprawną rycinę Madonny z Dzieciątkiem, którą jej dała matka.
— Ma się rozumieć, że i ja także — wykrzyknęła Małgosia, układając srebrne fałdy pierwszej jedwabnej sukni; pan Laurence potrafił ją bowiem nakłonić do przyjęcia tego daru.
— A ja czyż mogłabym powiedzieć inaczej! — rzekła pani March, przy czym z wdzięcznością spoglądała na list od męża i na uśmiechniętą twarz Elizy, ręką zaś pieściła broszę, którą właśnie dziewczęta przypięły jej do sukni, zrobioną z włosów siwych, złotych, kasztanowatych i ciemnoblond.
— Na tym smutnym świecie czasem się coś tak doskonale uda, jak w powieści, a jakże to cieszy! — W pół godziny potem, gdy wszystkie powiedziały, że są tak szczęśliwe, iż nie mogłyby już w sobie pomieścić ani kropli szczęścia, kropla ta zjawiła się. Artur otworzył drzwi od pokoju bawialnego i wsunął głowę niby to spokojnie, ale na jedno by wyszło, gdyby wywrócił koziołka, bo twarzą wyrażał tak powstrzymywane ożywienie, a głosem zdradzał taką radość, że wszyscy podskoczyli, chociaż powiedział tylko jakimś dziwnym, zadyszanym głosem:
— Przybył wam jeden kolędowy dar.
Nie dokończywszy jeszcze tych słów, usunął się nieco, a na jego miejscu ukazał się wysoki mężczyzna, otulony po same oczy i wsparty na drugim wysokim mężczyźnie, który próbował coś powiedzieć, ale nie mógł.