Ma się rozumieć, że nastąpiło ogólne poruszenie i przez kilka minut zdawało się, że wszyscy stracili rozum, bo działy się najdziwaczniejsze rzeczy, ale nikt nie mówił ani słowa. Pan March znikł zupełnie pod czterema parami ściskających rąk; Ludka zhańbiła się prawie zupełnym omdleniem i Artur musiał ją cucić w chińskim gabinecie; pan Brooke pocałował Małgosię, przez omyłkę, jak się potem tłumaczył trochę niezręcznie; Amelka, tak bardzo szanująca swą godność, przewróciła się przez podnóżek i nie wstając, z płaczem najtkliwiej ściskała buty ojcu. Pani March pierwsza przyszła do siebie i wyciągnęła rękę, przestrzegając:

— Cicho, pamiętajcie o Elizie!

Ale już było za późno. Drzwi od pracowni otworzyły się na oścież i na progu ukazał się czerwony szlafroczek. Radość wlała siły w osłabione członki i Eliza pobiegła prosto w objęcia ojca. Trudno opisać, co się później działo, gdyż przepełnione serca wylewały z siebie uczucia, wyrzucały z siebie gorycz przeszłości, żyjąc tylko słodyczą obecnej chwili.

Nie było to wcale romantyczne. Owszem, wszystkich opanował serdeczny śmiech, bo za drzwiami odkryto Annę, szlochającą nad tłustym indykiem, którego zapomniała zdjąć z rożna, gdy wybiegła z kuchni. Skoro śmiech ustał, a pani March zaczęła dziękować panu Brooke’owi za wierną opiekę nad mężem, nagle przypomniało mu się, że pan March potrzebuje wypocząć i wyszedł, śpiesznie schwyciwszy kapelusz. Wówczas ojciec i Eliza, znużeni trochę, usiedli we dwoje na wielkim fotelu i rozmowa szła doskonale.

Pan March opowiadał, że od dawna pragnął zrobić niespodziankę, a doktor pozwolił mu korzystać z pięknej pogody, że pan Brooke bardzo mu się poświęcał i jest młodzieńcem zacnym i prawym. Dlaczego, mówiąc to, zatrzymał się chwilę, spojrzawszy na Małgosię, która gwałtownie rozniecała ogień, i rzucił okiem na żonę z pytającym podniesieniem brwi, zostawiam waszej domyślności, również i to, dlaczego pani March z lekka skłoniła głowę i zapytała jakoś nagle, czy by czegoś nie zjadł. Ludka zobaczyła i zrozumiała tę mimikę, wymknęła się więc po wino i rosół i mruknęła pod nosem, trzaskając drzwiami:

— Nienawidzę zacnych młodzieńców z ciemnymi oczami.

Obiad udał się jak najlepiej. Tłusty indyk przedstawiał rozkoszny widok, gdy Anna wyjęła go z pieca, nadziała, przyrumieniła i przystroiła. Rodzynkowy budyń rozpływał się zupełnie w ustach; galarety, którymi rozkoszowała się Amelka, udały się także.

Anna mówiła, że wszystko się powiodło tylko przez jakiś szczęśliwy traf, bo taki miała zamęt w głowie, że cudem nie upiekła budyniu, a indyka nie nadziała rodzynkami.

Pan Laurence z wnukiem byli u nich na obiedzie, również i pan Brooke, na którego Ludka spoglądała ponuro, ku wielkiej uciesze Artura. Na głównym miejscu stały przy stole dwa fotele dla Elizy i ojca, którzy skromnie raczyli się kurczętami i odrobiną owoców. Doskonale się bawili wśród wiwatów, gawędy, śpiewu i wznawianych wspomnień. Ktoś się odezwał z propozycją, by się przejechać sankami, ale dziewczęta nie chciały odstąpić ojca. Goście odeszli zatem wcześnie, a uszczęśliwiona rodzina, korzystając ze zmroku, zasiadła koło kominka.

— Właśnie rok temu utyskiwałyśmy, że nas czekają takie smutne święta, czy pamiętacie? — zawołała Ludka, przerywając krótkie milczenie.