— W ogólności był to jednak przyjemny rok — rzekła Małgosia, uśmiechając się do ognia z wewnętrznym zadowoleniem, że z godnością traktowała pana Brooke’a.
— Mnie się wydawał bardzo ciężki — zauważyła Amelka, przyglądając się błyskowi pierścionka z zadumą w oczach.
— Cieszę się, że już minął, bo mamy cię z powrotem — szepnęła Eliza, siedząc na kolanach u ojca.
— Była to dla was ciężka droga, moje małe pielgrzymki, zwłaszcza bliżej końca, aleście ją mężnie przebyły i sądzę, że brzemiona wkrótce z was spadną — rzekł pan March, patrząc z ojcowskim zadowoleniem na ich cztery młode twarzyczki.
— Skąd o tym wiesz, ojcze? Czy mama ci coś powiedziała? — spytała Ludka.
— Tylko trochę, ale po źdźbłach poznaje się, skąd wiatr wieje, więc porobiłem dziś różne odkrycia.
— Ach, opowiedz o nich! — wykrzyknęła siedząca przy nim Małgosia.
— Oto jedno! — rzekł i biorąc jej rękę, opartą o poręcz fotela, wskazał pokłuty palec, sparzony wierzch ręki i parę nagniotków na dłoni. — Pamiętam czasy, kiedy ta ręka była biała, gładka, i kiedyś najwięcej zajmowała się jej pięknym utrzymaniem. Bardzo była wówczas ładna, ale w moich oczach dużo ładniejsza jest teraz, bo z zewnętrznego oszpecenia wyczytałem całą historię. Złożyłaś ofiarę z próżności. Ta stwardniała dłoń zdobyła coś lepszego niż bąble i jestem pewien, że szycie, wykonane przez pokłute palce, będzie bardzo trwałe, kiedy tak wiele dobrej woli było w każdym ściegu. Małgosiu droga, więcej to cenię w kobiecie, gdy umie zapewnić szczęście domowi, niż kiedy ma białe ręce lub salonowe wdzięki. Z dumą ściskam tę zacną, pracowitą rączkę i mam nadzieję, iż nieprędko zażąda ktoś, bym mu ją oddał.
Jeżeli Małgosia pragnęła nagrody za cierpliwą pracę, odebrała ją w ojca serdecznym uścisku ręki i zachęcającym uśmiechu.
— Teraz proszę powiedzieć coś przyjemnego o Ludce, bo czuwała pilnie nad sobą i była tak bardzo, bardzo dobra dla mnie — rzekła ojcu do ucha Eliza.