— Nie moja wina, że cię słyszałem Małgosiu. Tobie dziękuję, żeś mnie broniła, a ciotce March, że mnie przekonała, iż cię trochę obchodzę.

— Nie wiedziałam tego sama, póki pana nie skrzywdziła.

— Nie muszę odchodzić, mogę zostać i używać szczęścia? Czy pozwalasz, droga moja?

Tu znowu była piękna sposobność do surowej przemowy i taktownego odejścia, ale Małgosi nie postało w głowie jedno ani drugie i zhańbiła się na zawsze w oczach Ludki, gdyż szepnęła miękko:

— Tak, Janie — i ukryła twarz w jego kamizelce.

W kwadrans po odjeździe ciotki March Ludka po cichu weszła na górę, zatrzymała się chwilę pod drzwiami od pokoju bawialnego, a nie słysząc głosów, skinęła głową, uśmiechnęła się z zadowoleniem i pomyślała: „Odprawiła go, stosownie do tego, cośmy ułożyły, i sprawa już zakończona. Wejdę, to mi opowie tę komedię i uśmieję się doskonale”.

Ale biedna Ludka się nie uśmiała. Uderzył ją taki widok, że skamieniała w progu, roztwierając szeroko oczy i usta. Szła, żeby wyśmiać zwalczonego nieprzyjaciela i pochwalić silną wolę siostry za to, że odepchnęła natręta, było więc szokiem, gdy ujrzała, że nieprzyjaciel siedzi wesoło na sofie, a na kolanach u niego, jakby na tronie, ta siostra z „silną wolą”, strojąca pokorną minkę. Ludka, widząc to, wydała jęk, jakby nagle skąpana w zimnej wodzie, bo tak nagła zmiana zupełnie odebrała jej oddech. Kochankowie obrócili się nagle, Małgosia podskoczyła z twarzą dumną i razem zalęknioną, lecz „ten człowiek”, jak go Ludwisia nazywała, roześmiał się na całe gardło i rzekł z zimną krwią, całując zadziwioną Ludkę:

— Siostro Ludko, powinszuj nam!

Nowa zniewaga! Tego już było za wiele! Robiąc zatem jakieś dziwne ruchy rękami, znikła, nie rzekłszy ani słowa, pobiegła na górę i przestraszyła chorych tragicznym okrzykiem:

— Niechże ktoś zejdzie zaraz na dół! Jan Brooke robi straszne rzeczy, a Małgosia jest rozradowana.