— Tak wiele mam się jeszcze przedtem nauczyć, że nie wydaje mi się odległy — odparła Małgosia ze słodką i nową powagą.

— Ty będziesz tylko czekać, a ja pracować — rzekł Jan, zaczynając swe trudy od podniesienia jej serwety, z takim wyrazem twarzy, że Ludka potrząsnęła głową.

Gdy w tej chwili zatrzasnęły się frontowe drzwi, pomyślała z ulgą w sercu:

„Idzie Artur, przynajmniej pogawędzimy rozsądnie”.

Ale się omyliła, wbiegł bowiem ożywiony, z wielkim weselnym bukietem dla „pani Janowej Brooke” i widocznie przekonany, że ta sprawa została doprowadzona do skutku dzięki jego zręcznym staraniom.

— Wiedziałem, że się stanie według życzeń Brooke’a, bo zawsze się tak kończy. Jak coś postanowi, to musi dokonać, choćby świat się miał zawalić! — rzekł po złożeniu podarunku i powinszowań.

— Bardzo jestem obowiązany za to świadectwo, które przyjmuję jako dobrą wróżbę, i nie zwlekając, proszę cię na wesele — odparł Brooke, będąc gotów w owej chwili żyć w zgodzie z całą ludzkością, nawet ze swym psotnym uczniem!

— Przybyłbym na ten dzień choćby z końca świata, bo sam widok Ludki byłby wart długiej podróży. Niewesoło wyglądasz, moja pani, o cóż ci chodzi? — spytał, idąc za nią w kąt pokoju, podczas gdy wszyscy powstali na przyjęcie pana Laurence’a.

— Nie cieszy mnie ten związek, ale postanowiłam cierpieć w milczeniu — rzekła uroczyście i dodała drżącym nieco głosem: — Nie wyobrażasz sobie, jak mi przykro wyrzec się Małgosi.

— Nie wyrzekasz się jej całkowicie, tylko w połowie — pocieszał ją Artur.