Małgosia grzała dalej nogi i czytała Ivanhoe35, a Ludka zaczęła wymiatać ścieżki z wielką energią. Śnieg był lekki i prędko zrobiła dróżkę wokoło ogrodu dla Elizy, żeby po zachodzie słońca wyprowadziła chore lalki na powietrze. Ogród ten przedzielał domy państwa March i pana Laurence. Stały one na przedmieściu, wśród gajów, łąk, dużych sadów i spokojnych ulic, więc było tam spokojnie jak na wsi. Obie posiadłości rozdzielał niski płot. Z jednej strony stał stary, ciemny domek, lichy, ogołocony z wina, które w lecie pokrywało ściany, i z otaczających go kwiatów. Z drugiej strony wznosiła się poważna kamienica, jawnie świadcząca o wszelkich wygodach i zbytkach, od wielkich wozowni i dobrze utrzymanych ogrodów, aż do cieplarni i wspaniale urządzonych pokojów, które widać było spoza firanek.

Mimo to zdawał się ten dom opuszczony i martwy. Nie było dzieci bawiących się na trawniku, w oknie nie uśmiechała się matczyna twarz i prócz starego pana Laurence’a i jego wnuka prawie nikogo nie było tam widać.

Dla żywej wyobraźni Ludki dom ten wydawał się zaczarowanym pałacem, pełnym przepychu i rozkoszy, z których nikt nie korzysta. Od dawna pragnęła przyjrzeć się jego tajonej świetności i poznać młodego Laurence’a, który widocznie także miał na to ochotę, ale nie wiedział, jak się wziąć do rzeczy. Od owego wieczorku spędzonego razem była jeszcze ciekawsza. Układała sobie, jak się z nim zaprzyjaźnić, ale od pewnego czasu nie pokazywał się i zaczęła przypuszczać, że nie ma go w domu, kiedy pewnego dnia wyśledziła smagłą twarz w oknie na piętrze, patrzącą smutno na ich ogród, gdzie Amelka z Elizą rzucały w siebie śnieżkami.

„Ten chłopiec tęskni za towarzystwem i rozrywką — pomyślała. — Dziadek nie wie, czego mu trzeba, i trzyma go w zamknięciu. Przydałoby mu się grono wesołych chłopców do zabawy lub ktokolwiek młody i żwawy. Mam wielką ochotę pójść i powiedzieć to staremu gentlemanowi”.

Ta myśl jej się podobała, lubiła bowiem śmiałe przedsięwzięcia i zawsze gorszyła Małgosię dziwacznym postępowaniem. Nie zapomniała swego planu i gdy nastąpiło śnieżyste popołudnie, postanowiła próbować. Zobaczywszy, że pan Laurence wyjechał, miała chęć przekroczyć płot, ale się powstrzymała jeszcze, aby rozejrzeć się dokoła. Wszędzie panował spokój: firanki dolnych okien były opuszczone, służba się nie pokazywała i nie było widać żywej duszy prócz kędzierzawej czarnej głowy, wspartej na szczupłej ręce w oknie na górze.

„To on! — pomyślała. — Biedny chłopiec! Zupełnie sam i chory, w taki smutny dzień! To okropne! Rzucę śnieżką, żeby spojrzał, a wtedy powiem mu jakieś życzliwe słowo”.

Garść miękkiego śniegu poleciała w górę i chłopiec zaraz się obrócił, pokazując twarz, która w jednej chwili straciła obojętny wyraz. Duże oczy ożywiły się, usta zaczęły się uśmiechać. Ludka ukłoniła się z uśmiechem i wywijała w powietrzu miotłą, wołając:

— Jak się masz? Czyś chory?

Artur otworzył okno i wrzasnął przeraźliwie jak kruk:

— Lepiej mi, dziękuję! Strasznie się przeziębiłem i od tygodnia siedzę w zamknięciu.