— Znasz mnie! — zawołała, a potem roześmiała się i umilkła.
— Prawda! Czy przyjdziesz? Bądź tak dobra! — krzyknął Artur.
— Nie jestem miła i cicha, ale przyjdę, jeżeli mama pozwoli. Pójdę się zapytać. Bądź dobrym chłopcem, zamknij okno i czekaj na mnie.
Po tych słowach zarzuciła miotłę na ramię i poszła do domu, zaciekawiona, co tam na to powiedzą. Artura gorączkowała trochę myśl, że będzie miał gościa, i robił żywe przygotowania, bo jak mówiła pani March, był to mały „gentleman”. Dla uczczenia Ludki przygładził kędzierzawą czuprynę, wziął świeży kołnierzyk36 i starał się uporządkować pokój, który mimo licznej służby wcale nie był czysto utrzymany. Po chwili dał się słyszeć głośny dzwonek, potem śmiały głos, pytający o „pana Artura”, i wreszcie zadziwiona służąca przyszła oznajmić „jakąś panienkę”.
— Dobrze, wprowadź ją na górę, to panna Ludwika — rzekł Artur, idąc ku drzwiom swego pokoiku na spotkanie.
Po chwili ukazała się Ludka, z twarzyczką różową, śmiałą, spokojna i swobodna. W jednej ręce miała przykryty talerz, a w drugiej troje kociąt.
— Oto mnie masz z całym brzemieniem — rzekła. — Mama się kłania i cieszy się, że ci się mogę na coś przydać. Małgosia prosiła, żebym ci przyniosła blanc-manger37 jej roboty, a przyrządza je bardzo dobrze. Eliza przysyła koty w nadziei, że ci sprawią przyjemność. Wiedziałam, że będziesz na nie krzyczał, ale nie mogłam odmówić, bo koniecznie chciała ci się czymś przysłużyć.
Zabawna pożyczka Elizy okazała się bardzo pożyteczna, bo żartując z kotów, zapomniał Artur o nieśmiałości i od razu stał się towarzyski.
— To zbyt ładne do zjedzenia — rzekł, uśmiechając się mile, gdy Ludka odkrywszy talerz pokazała blanc-manger w wieńcu z zielonych liści i szkarłatnych kwiatów, z ulubionego przez Amelkę geranium38.
— Bynajmniej, to tylko dowody życzliwości moich sióstr. Powiedz służącej, żeby zachowała ten przysmak do herbaty. Możesz go zjeść, bo to zdrowe, a przy tym miękkie, więc się prześlizgnie przez chore gardło. Jaki ładny pokój!