— Starałam się być dobrą sąsiadką — rzekła i opowiedziała historię swych odwiedzin.

— Pewnie sądzisz, że trzeba mu trochę wesołości, czy tak?

— Tak, panie. Wydaje mi się nieco osamotniony i może przydałoby mu się młode towarzystwo. Jesteśmy tylko dziewczętami, ale chciałybyśmy mu się przysłużyć czymś, pamiętając jaki wspaniały podarek przysłał nam pan na święta Bożego Narodzenia — powiedziała żywo.

— Ta, ta, ta. Nie moje to dzieło, ale mego chłopca. Jakże się ma ta biedna kobieta?

— Zdrowa — odparła Ludka i zaczęła swoją szybką mową opowiadać, że matka zainteresowała rodziną Humlów bogatszych znajomych.

— Jej ojciec w taki sam sposób spełniał dobre uczynki. Przyjdę kiedyś odwiedzić matkę pani, proszę jej to powiedzieć. Dzwonek wzywa nas już na herbatę, bo teraz pijamy ją wcześnie ze względu na chłopca. Zejdź pani z nami jako dobra sąsiadka.

— Jeżeli pan sobie życzy.

— Czy prosiłbym, gdyby było inaczej? — odrzekł i podał jej rękę ze staroświecką grzecznością.

„Co by Małgosia na to powiedziała?” — myślała Ludka, schodząc na dół, i oczy jej się śmiały na myśl, że będzie to wszystko opowiadać w domu.

— Co się stało temu chłopcu, na Boga? — rzekł stary gentleman, gdy Artur zbiegł żywo ze schodów i stanął zdumiony na widok Ludki, idącej pod rękę z jego dziadkiem.