— Nie wiedziałem, że powróciłeś, sir — odezwał się, gdy Ludwisia rzuciła na niego triumfujące spojrzenie.
— I dlatego pewnie tak podskakujesz. Chodź na herbatę mój panie, i zachowaj się, jak przystoi gentlemanowi.
Pociągnąwszy chłopca za włosy, co oznaczało pieszczotę, poszedł dalej. Artur, idąc tuż za nim, wyprawiał tak komiczne miny, że Ludka o mało nie wybuchnęła śmiechem.
Stary gentleman niewiele mówił, pijąc swe cztery filiżanki herbaty, ale przyglądał się dwojgu młodym, którzy szczebiotali jak starzy znajomi. Nie uszła jego oczom korzystna zmiana w Arturze: na twarz wystąpiły mu kolory, światło i życie, ruchy nabrały żywości, śmiech stał się serdeczny i wesoły.
„Ona ma słuszność, chłopiec jest osamotniony i te dziewczynki mogą mu oddać wielką przysługę” — myślał pan Laurence, patrząc i przysłuchując się. Podobała mu się Ludka z powodu jej oryginalnego, śmiałego obejścia, przy tym zdawała się rozumieć chłopca prawie tak dobrze, jak gdyby sama nim była.
Gdyby Laurence’owie byli „sztywni i dumni”, jak zwykła wyrażać się Ludka, nie podobałaby im się wcale, bo wobec takich ludzi była zawsze lękliwa i nieswoja, ale widząc, że są naturalni i swobodni, była sobą i wywarła dobre wrażenie.
Po herbacie chciała odejść, ale Artur obiecał jej jeszcze coś pokazać i zaprowadził do cieplarni, oświetlonej na jej przybycie. Rozglądała się jakby w zaczarowanym miejscu, chodząc po ścieżkach, sprawiały jej rozkosz kwitnące ściany, łagodne światło, wilgotne, miłe powietrze, cudowne winorośla i drzewa, zwieszające się nad jej głową. Tymczasem zaś jej nowy przyjaciel pozrywał najpiękniejsze kwiaty, związał je w bukiet i rzekł z ożywieniem na twarzy, tak miłym dla Ludki:.
— Bądź łaskawa oddać to mamie i powiedz, że mi się bardzo podobało przysłane przez nią lekarstwo.
Wyszedłszy stamtąd, zastali pana Laurence’a stojącego przed kominkiem w wielkim salonie, lecz uwagę Ludki zupełnie pochłonął duży fortepian, który tam stał otwarty.
— Czy grasz? — zapytała, zwracając się do Artura ze szczególnym szacunkiem.