— Położymy je na stole, potem wprowadzimy mamę i będziemy patrzeć, jak otwiera paczki. Nie pamiętasz, że tak zawsze bywało w nasze urodziny? — odparła Ludka.
— Tak się lękałam, ile razy przyszła na mnie kolej usiąść w fotelu z koroną na głowie, a wyście mnie obstępowały z podarkami i całusami. Prezenty i pieszczoty sprawiały mi przyjemność, ale mnie to straszyło, że się przyglądacie, jak odwijam paczki — powiedziała Eliza, przypiekając zarazem twarzyczkę i grzanki do herbaty.
— Zostawmy mamę w przekonaniu, że to wszystko kupujemy dla siebie, a potem zrobimy jej niespodziankę. Musimy przejrzeć sklepy jutro po południu, Małgosiu, i mamy mnóstwo jeszcze przygotowań do zabawy na wieczór Bożego Narodzenia — rzekła Ludka, przechadzając się po pokoju z rękami założonymi w tył i z nosem do góry.
— Ostatni raz to robię; jestem już za stara na takie rzeczy — odezwała się Małgosia, która nie przestała być dzieckiem, gdy szło o obmyślenie zabawy.
— Wiem, że się tego nie wyrzekniesz, póki będziesz mogła występować w białej sukni, z rozpuszczonymi włosami i w klejnotach ze złotego papieru. Nie mamy lepszej aktorki od ciebie i wszystko przepadnie, gdy zejdziesz ze sceny — rzekła Ludka i dodała: — Trzeba zrobić próbę dziś wieczorem; chodź, Amelko, odegrać scenę omdlenia, boś w niej sztywna jak pień.
— Nic na to nie poradzę; nigdy nie widziałam, jak się mdleje, a nie mam ochoty zsinieć, sczernieć i paść na wznak, jak ty. Jeżeli będę umiała rzucić się swobodnie na ziemię, to dobrze, a jeżeli nie, to padnę z wdziękiem na krzesło. Nic sobie nie będę z tego robiła, kiedy Hugo podejdzie z pistoletem — odezwała się Amelka, która wcale nie miała talentu dramatycznego i wybrano ją tylko z powodu jej małego wzrostu, by krzyczącą mógł ją wynieść ze sceny bohater sztuki.
— Zrób w ten sposób: załam tak ręce i przejdź przez pokój chwiejnym krokiem, wołając przeraźliwie: „Rodrygu, ratuj mnie! ratuj mnie!”.
I dla przykładu Ludka wyszła z melodramatycznym i naprawdę przenikającym krzykiem.
Amelka starała się ją naśladować, ale ręce trzymała przed sobą sztywno, szła jakby na sprężynach i wydała taki okrzyk, jakby ukłuto ją szpilką, a nie z trwogi i przerażenia. Ludka rozpaczliwie jęknęła, Małgosia roześmiała się na całe gardło, a Eliza przypaliła bułkę, wpatrzywszy się z zajęciem w tę zabawną scenę.
— Nic nie pomaga. Odegraj to najlepiej jak zdołasz, ale jak cię publiczność wygwiżdże, to nie miej żalu do mnie! Teraz chodź ty, Małgosiu.