Odtąd szło gładziej, bo Don Pedro wyzywał świat jednym tchem w dwustronicowej mowie, czarownica Agara z olśniewającym efektem odśpiewała uroczyste zaklęcie nad patelnią smażących się grzanek, Rodryg zerwał swe więzy z prawdziwie męską siłą, a Hugo, dziko krzycząc „ha! ha!”, skończył życie w mękach trucizny i wyrzutów sumienia.
— Pierwszy raz tak się nam udało — rzekła Małgorzata, gdy zmarły złoczyńca usiadł i rozcierał sobie łokcie.
— Nie pojmuję, jak możesz pisać i grać tak wspaniale, Ludko. Prawdziwy Szekspir z ciebie! — zawołała Eliza, silnie przekonana, że jej siostry są we wszystkim genialne.
— Niezupełnie — odparła skromnie Ludka — wprawdzie klątwa czarownicy i liryczna tragedia to ładne rzeczy, ale chciałabym spróbować Makbeta4, gdybyśmy miały klapę w podłodze dla Banka. Zawsze pragnęłam roli z zabijaniem. „Czy sztylet widzę przed sobą?” — wyrzekła, przewracając oczyma i dysząc jak pewna artystka, którą widziała na scenie.
— Nie, to widelec włożony w mamy pantofel zamiast w grzankę. Oto Elizy popisy sceniczne! — zawołała Małgosia i próba skończyła się ogólnym śmiechem.
— Cieszy mnie to, żeście tak wesołe! — odezwał się ożywiony głos we drzwiach, a publiczność i aktorzy obrócili się, by powitać wysoką panią z matczyną twarzą i z tak miłym wyrazem twarzy, jak gdyby każdego pytała: „Czy mogę ci być pomocna?” Nie była to szczególnie piękna osoba, ale matki zawsze się podobają swoim dzieciom; dziewczętom zdawało się też, że jej szary płaszczyk i niemodny kapelusik okrywają najwspanialszą kobietę na świecie.
— Jak spędziłyście dzień, moje drogie? Tak wiele było do roboty z przygotowywaniem wysyłek na jutro, że nie przyszłam na obiad do domu. Czy był tu ktoś, Elizo? Jak z twoim katarem, Małgosiu? Ludwisiu, zdajesz się na śmierć zmęczona. Dziecię, chodź mnie pocałować.
Zadając te matczyne pytania, pani March zdjęła z siebie przemokłe rzeczy, włożyła ogrzane pantofle i usiadłszy w fotelu, wzięła Amelkę na kolana, ciesząc się na najmilszą godzinę w swym pracowitym dniu. Dziewczęta krzątały się; każda chciała jej oddać jakąś przysługę i zapewnić wygodę. Małgosia przygotowała stół do herbaty; Ludka przyniosła drewna i ustawiła krzesła, wylewając i przewracając z hałasem wszystko, czego tknęła; Eliza cicho i gorliwie kręciła się między pokojem a kuchnią, Amelka zaś wydawała im rozkazy, siedząc sama z założonymi rękami.
Gdy się zebrały wokoło stołu, pani March rzekła ze szczególnie uszczęśliwioną twarzą:
— Mam przysmak, który dostaniecie po kolacji.