Żywy, wesoły uśmiech przebiegł dokoła jak promień słońca. Eliza klasnęła w ręce, nie zważając, że trzyma gorący biszkopt; Ludka podrzuciła w górę serwetę z okrzykiem: „List! List!”.

— Tak, długi i miły list. Jest zdrowy i lepiej przechodzi zimową porę, niż przypuszczałyśmy. Przesyła serdeczne życzenia na Boże Narodzenie i specjalną wiadomość dla was, dziewczęta — rzekła pani March, trzymając się za kieszeń, jak gdyby w niej miała skarb.

— Pośpieszmy się z jedzeniem. Nie obracaj tak delikatnie palcami i nie pieść się z talerzem, Amelko! — wykrzyknęła Ludka i z wielkiego pośpiechu do „przysmaku” zakrztusiła się herbatą i upuściła kromkę chleba na dywan, masłem do dołu.

Eliza przestała jeść i usunęła się do swego kącika, z góry ciesząc się na rozkosz, jaka je miała spotkać, gdy wszystkie będą gotowe.

— Ojciec wydaje mi się tak wspaniały, że poszedł na wojnę jako kapelan, będąc za stary na żołnierza! — powiedziała Małgosia z zapałem.

— Jakżebym chciała pójść na dobosza, wivan, jakże się to nazywa? Albo na sanitariuszkę, żeby być razem i czuwać nad nim! — zawołała Ludka.

— To musi być bardzo nieprzyjemne sypiać w namiocie, jadać różne niesmaczne rzeczy i pić z cynowego kubka — westchnęła Amelka.

— Mamo, kiedy ojciec wróci? — spytała Eliza drżącym nieco głosem.

— Niejeden miesiąc jeszcze upłynie, moja droga; chyba żeby zachorował. Póki tylko zdoła, będzie wiernie pełnił obowiązki, a my nie będziemy go prosić, żeby skrócił swój pobyt choćby o jeden dzień, kiedy tam jest potrzebny. Chodźcie teraz wysłuchać listu.

Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w fotelu z Elizą u nóg, Małgosia i Amelka uczepione na poręczach, a Ludka wsparta o jego grzbiet, żeby nikt nie widział jej wzruszenia, gdyby list był czuły.