— Małgosiu, nie mów, bo nam wszystko zepsujesz. Nie możesz pójść, Amelko, więc nie bądź dzieckiem i nie napieraj się.
— Idziecie gdzieś z Arturem, wiem dobrze. Szeptaliście ze sobą i śmieliście się na sofie wczoraj wieczorem, ale umilkliście, gdy weszłam. Może nie idziecie z nim?
— Owszem, ale siedź cicho i przestań przeszkadzać!
Amelka przygryzła wprawdzie język, lecz korzystała z oczu i ujrzała, że Małgosia wsuwa wachlarz do kieszeni.
— Wiem, wiem! Idziecie do teatru na Siedem zamków! — wykrzyknęła, dodając stanowczym tonem: — Ja też pójdę, bo mama powiada, że mogę być na tej sztuce. Dostałam już pieniądze na drobne wydatki i bardzo jest brzydko, żeście mi wpierw nie powiedziały.
— Posłuchaj mnie chwilkę i bądź grzecznym dzieckiem — rzekła Małgosia, chcąc ją uspokoić. — Mama nie chce, żebyś poszła w tym tygodniu do teatru, bo twoje oczy nie zniosłyby jeszcze światła tej czarodziejskiej sztuki. W przyszłym tygodniu możesz pójść z Elizą i Anną i będziecie się dobrze bawić.
— Bawiłabym się dwa razy lepiej z wami i z Arturem! Weźcie mnie ze sobą. Tak długo siedziałam w domu z powodu kataru, że umieram z tęsknoty za rozrywką. Weź mnie, Małgosiu! Będę odtąd taka grzeczna! — prosiła, strojąc żałosną minkę.
— Może by ją wziąć? Nie sądzę, żeby mama się gniewała, jak ją dobrze otulimy — odezwała się Małgosia.
— Jeżeli ona pójdzie, to ja zostanę, a jak ja nie pójdę, to Artur będzie niezadowolony. Przy tym bardzo niegrzecznie ciągnąć ze sobą Amelkę, kiedy zaprosił tylko nas. Nie sądzę, żeby się chciała tam wciskać, gdzie jej nie chcą — cierpko rzekła Ludka, nie lubiąca czuwać nad ruchliwym dzieckiem, gdy miała ochotę zabawić się sama.
Jej ton i zachowanie rozgniewały Amelkę, która zaczęła wkładać buciki, i powiedziała z naciskiem: