— Pójdę. Małgosia mówi, że mogę pójść, i ponieważ zapłacę za siebie, to Arturowi nic do tego.
— Nie możesz siedzieć obok nas, bo mamy zamówione miejsca. Musiałabyś siedzieć sama i albo Artur zechce ci ustąpić swego krzesła i zepsuje nam to zabawę, albo weźmie inny numer dla ciebie, co byłoby nieprzyzwoite, kiedy nie byłaś proszona. Nie ruszysz ani kroku w żadną stronę, więc stój, gdzie jesteś — gderała Ludka jeszcze kwaśniej, bo z pośpiechu ukłuła się w palec.
Amelka, siedząc na podłodze z jednym bucikiem na nóżce, rozpłakała się. Małgosia zaczęła ją przekonywać, kiedy Artur zawołał z dołu i dziewczęta zbiegły, zostawiając szlochającą siostrę, bo od czasu do czasu zapominała, że chce być dorosła i zachowywała się jak rozpieszczone dziecko. Gdy wesoła gromadka już miała wychodzić, Amelka groźnie zawołała przez poręcz schodów:
— Pożałujesz, Ludko March, zobaczysz!
— Nie dbam o to! — odparła Ludwisia, trzaskając za sobą drzwiami.
Doskonale się zabawili na Siedmiu zamkach diamentowego jeziora, było to bowiem przedstawienie tak świetne i zdumiewające, jak tylko można było pragnąć. Jednakże pomimo komicznych czerwonych diabełków, przebiegłych karłów, wspaniałych książąt i księżniczek, Ludka czuła kroplę goryczy w przyjemności. Złote loki królowej wieszczek przypomniały jej Amelkę, i w antraktach48 zastanawiała się, co też jej siostrzyczka zrobi, „żeby ona pożałowała”. Często dochodziło między nimi do sprzeczek, bo obie były żywego temperamentu i skłonne do uniesień, gdy je ktoś rozdrażnił. Amelka dręczyła Ludkę, ta zaś drażniła Amelkę, skąd zdarzały się wybuchy, których się obie potem wstydziły. Ludka, chociaż starsza, mniej potrafiła nad sobą panować i ciężko jej było poskramiać krnąbrne usposobienie, wywołujące przykre skutki. Jej gniew nigdy jednak nie trwał długo, wyznawała winę ze szczerą skruchą i starała się poprawić. Siostry mówiały, że lubią, gdy Ludkę opanuje wściekłość, bo się potem robi z niej anioł. Biedna Ludka wszelkimi siłami starała się być grzeczna, ale wewnętrzny nieprzyjaciel zawsze był gotów rozgorzeć i ją zdradzić, więc chyba tylko długoletnia praca mogła go pokonać.
Wróciwszy do domu, zastały Amelkę czytającą w pokoju bawialnym. Gdy weszła, przybrała obrażoną minę, nie podniosła oczu znad książki, nie zadała ani jednego pytania. Może ciekawość zwalczyłaby gniew, gdyby nie było Elizy, która się dopytywała i otrzymała żywy opis sztuki. Ludka poszła zaraz na górę, żeby zdjąć swój najładniejszy kapelusz, i najpierw rzuciła okiem na biurko, bo gdy się pokłóciły ostatnim razem, Amelka ulżyła sobie przewróceniem jej szuflady do góry dnem. Ale wszystko było na miejscu, więc objąwszy szybkim rzutem oka skrytki, woreczki i szkatułki, Ludwisia powiedziała sobie, że jej siostra wybaczyła krzywdę i puściła ją w niepamięć.
Myliła się jednak, nazajutrz bowiem dokonała odkrycia, które wywołało burzę. Małgosia, Eliza i Amelka siedziały razem przed wieczorem, kiedy Ludka wpadła z rozgonioną twarzą do pokoju i spytała zdyszana:
— Czy kto zabrał moją powieść?
Małgosia i Eliza zaprzeczyły z zadziwieniem, Amelka zaś rozniecała ogień i nie odzywała się. Ludwisia, spostrzegłszy, że się rumieni, w jednej chwili na nią napadła: