— Jak to, moją ulubioną książkę, nad którą pracowałam, by dokończyć przed powrotem ojca? Naprawdę ją spaliłaś? — zawołała Ludka, blednąc bardzo, podczas gdy jej oczy pałały ogniem, a ręce nerwowo ściskały Amelkę.

— Tak, spaliłam! Powiedziałam, że cię zmuszę, żebyś żałowała wczorajszego zachowania, i zmusiłam cię — tak!

Nie dokończyła mówić, bo Ludka, ulegając gorącemu temperamentowi, tak nią wstrząsnęła, że aż jej zęby zadzwoniły.

— Ty niegodziwa, niegodziwa dziewczyno! — krzyknęła, przejęta żalem i gniewem. — Nie będę już mogła napisać tej książki i póki życia, nie daruję ci tego.

Małgosia przybiegła na pomoc Amelce, a Eliza starała się uspokoić Ludkę, ale ona, wytargawszy siostrę za ucho na pożegnanie, wybiegła z pokoju, schroniła się na poddasze, usiadła na starej sofie i wiodła dalej walkę we własnej duszy.

Na dole ucichła burza, przyszła bowiem pani March i wysłuchawszy historii, prędko rozbudziła w Amelce poczucie krzywdy wyrządzonej siostrze. Książka stanowiła dumę Ludki i cała rodzina widziała w niej bardzo obiecujący utwór. Były to tylko czarodziejskie powiastki, ale opracowała je starannie, oddając się całym sercem temu dziełu, w nadziei, że je kiedyś wydrukuje. Właśnie przepisała rękopis na czysto i zniszczyła stary, więc ognisko Amelki zniweczyło ukochaną kilkuletnią pracę. Innym ta strata wydawała się mała, ale dla Ludki była straszną klęską, której nie spodziewała się sobie wynagrodzić. Eliza była tak zasmucona, jak gdyby zdechł jej kot, a Małgosia nie chciała nawet bronić swej pieszczoszki. Pani March miała poważną, smutną twarz, a Amelka czuła, że nikt nie będzie jej kochać, póki nie przeprosi za czyn, którego sama najbardziej żałowała.

Gdy zadzwoniono na herbatę, Ludka ukazała się z twarzą tak ponurą i odpychającą, że Amelka straciła do reszty odwagę, ale rzekła pokornie:

— Wybacz mi, Ludwisiu, bardzo, bardzo mi przykro.

— Nigdy nie wybaczę — odparła surowo i odtąd Amelka przestała dla niej istnieć.

Nikt nie wspominał o tym wielkim zmartwieniu, nawet pani March, bo wiedziała z doświadczenia, że gdy Ludka jest tak usposobiona, wszelkie słowa stają się daremne i najrozsądniej jest czekać, póki jakiś drobny wypadek lub jej szlachetna natura nie złagodzą żalu i nie położą końca niezgodzie. Wieczór nie był przyjemny, bo choć szyły jak zazwyczaj, a matka czytała głośno wyjątki z Bremerowej49, Waltera Scotta50 i pani Edgeworth51, czegoś brakowało i spokój domowy został przerwany. Najwięcej dało się to odczuć, gdy przyszła chwila śpiewu, bo Eliza zdobyła się tylko na przygrywanie, Ludka stała milcząca jak kamień, a Amelka była zgnębiona, więc Małgosia z matką stanowiły cały chór. Chciały śpiewać wesoło jak skowronki, ale ich dźwięczne głosy nie jednoczyły się jak zwykle i szły niezgodnie.