Całując Ludkę na dobranoc, pani March łagodnie szepnęła:

— Moja droga, nie daj słońcu zajść nad twym gniewem52. Przebaczcie sobie nawzajem, dopomóżcie sobie i od jutra zacznij dzieło na nowo.

Ludka chciała oprzeć głowę na matczynym łonie i wypłakać smutek i gniew, ale łzy dowodzą słabości, przy tym tak głęboko czuła obrazę, że naprawdę jeszcze nie mogła całkiem wybaczyć. Powstrzymując się gwałtem od płaczu, potrząsnęła głową i widząc, że Amelka słucha, szorstko odrzekła:

— To był szkaradny postępek, więc nie zasługuje na przebaczenie.

Powiedziawszy te słowa, położyła się i nie było już śmiechu ani poufnej gawędy tego wieczoru.

Amelka bardzo była obrażona, że jej pojednawcze kroki zostały odepchnięte. Zaczęła żałować upokorzenia się, jeszcze żywiej czuła doznaną krzywdę i nieznośnie pyszniła się swą wysoką cnotą. Ludka ciągle wyglądała jak gradowa chmura i wszystko się tego dnia nie wiodło. Ranek był bardzo zimny, upuściła do rynsztoka smaczne smażone jabłko, ciotka March kaprysiła, Małgosia zamyślała się, Eliza, przyszedłszy do domu, przymuszała się do zmartwionej, smutnej miny, Amelka robiła uwagi o osobach, które ciągle mówią, że chciałyby się doskonalić, a jednak nie korzystają z cudzych zbawiennych przykładów.

„Wszyscy tacy nieznośni, pójdę poprosić Artura, żebyśmy się ślizgali. On jest zawsze miły, wesoły i wiem, że mi przywróci dobry humor” — pomyślała Ludka i poszła.

Amelka, usłyszawszy łoskot łyżew, wyjąkała z niecierpliwym okrzykiem:

— Otóż masz! Obiecała, że pójdę z nią kolejnym razem, bo to już ostatni lód, ale nie warto prosić takiej złośnicy.

— Nie mów tak. Byłaś bardzo niedobra i trudno jej wybaczyć stratę ukochanej książki, ale myślę, że mogłaby się na to zdobyć i pewno zechce, jak spróbujesz w dobrej chwili — rzekła Małgosia. — Idź za nimi, ale nic nie mów, póki się Ludka nie rozweseli przy Arturze. Wówczas dopiero pocałuj ją lub uściskaj. Pewna jestem, że się pogodzi całym sercem.