Skry jednak wyskoczyły z oczu Orlandowi.

Tak niesłychanemu się dziwuje razowi,

Potem wodzą563 nie władnie, powoli słabieje,

Szablę jedwabny temblak, z rąk puszczaną, chwieje.

95

Na dźwięk grzmotu strasznego koń się zląkł i uszy

Ścisnąwszy, gęsty piasek żartką nogą kruszy;

Leci wciąż, w siedle mając Orlanda dobrego,

Gdy w pół martwy nie trzymał munsztuka twardego.

Mgła mu oczy zaćmiła, twarz poty zlewają,