— Cóż więc pan lubi wreszcie? Nic?
— No, nie! Tylko to, co lubię, za daleko, za wysoko, a dogadzać sobie nie mam możności. Jestem biedny i sierota. Co mnie cieszyło, straciłem. Boję się teraz do czego przywiązywać, by nie cierpieć.
— Nawet kochać pan nie chce?
— Kochać nie można wedle woli. Przychodzi miłość i bierze nas sobie, choćbyśmy walczyli całą mocą.
— Czy pan to mówi z teorii czy z praktyki? — zagadnęła głucho.
— Z praktyki — rzekł, siląc się na uśmiech.
— Po cóż walczyć? — szepnęła.
— Żeby nie tracić i nie cierpieć — odparł.
— To pan nie wiesz, co jest miłość, gdy możesz rozumować.
Odrzuciła głowę na poręcz siedzenia i patrzała zadumana w cienie palm. Twarz jej mieniła się tysiącem wrażeń. Nieprzeparta siła zmuszała go patrzeć na nią, upajać się czarem, odurzać ostatecznie. Nagle wzrok ich się spotkał, stopniał razem, zamigotał iskrami.