Powoli, pieszczotliwym ruchem, pochyliła się ku niemu, aż ciemna główka dotknęła ramienia; oczy zaszły mętnym cieniem.
— Czy pan mnie kocha? — szepnęła z ustami koło jego ust.
— Szalenie! — wyjąkał w pocałunku, biorąc ją w objęcia i cisnąc namiętnie do piersi.
Bazyli, stróż, daremnie pukał do izdebki, daremnie wyglądał lokatora, daremnie wypytywał, czy go kto nie widział. Wieczór minął, dochodziła północ. Nie spieszyło się studentowi ani do obiadu, ani do nauki, ani do snu.
Bazyli siadł w bramie i czekał cierpliwie, tupiąc nogami od mrozu i uderzając rękoma. Miał widocznie do Hieronima ważny interes. Na dźwięk dzwonka skoczył żywo otwierać; chciał gderać, ale przed winowajcą szła dziewczyna i powitała jednookiego wesołym śmiechem.
— Kogo to wyglądacie do tej pory?
— Tych, co o tej porze wracają — odburknął.
— Dobry wieczór panu!
— Jak się masz, Bazyli?
— Proszę na chwilę wstąpić do mnie. Mam interes.