Wysoki, chudy Żyd z biegającymi oczyma wsunął się cicho i ukłonił w progu.
— Są pieniądze? — spytał krótko inżynier.
— Są.
— To dawaj.
Żyd się rozejrzał po izbie, przyjrzał się świadkowi, dobył potężny zwit189 banknotów, zaczął liczyć monotonnie i podawać odbiorcy.
W świetle lampy migały tęczowe papierki; Hieronim odkładał je obojętnie, Wojciech wpatrywał się uważnie, oddychając ciężko.
— Dwadzieścia pięć tysięcy. Gdzie reszta? — rzekł Hieronim, biorąc stemplowy papier i pisząc od niechcenia weksel.
Oczy Wojciecha ścigały pióro brata, czytały każdą głoskę. Kwit był terminowy, miesięczny, pod spodem podpis: „H. Białopiotrowicz”.
— Resztę mogę przysłać pojutrze. Pan raczy przysłać kogo z kwitem, bo ja sam przybyć nie mogę.
— To dobrze. Obejdę się, sądzę, do tygodnia. Oto weksel! Pan naczelnik uprzedził podobno, że możecie dawać na mój podpis.