Inżynier rozpiął mundur, objął rękoma bolącą głowę i rozmyślał.
Ha, przecie dobił się celu, zdobył sobie byt, uznanie, sławę.
Co by to rzekł dzisiaj pesymista Żabba, który nie wierzył w pomyślność? Nawróciłby się przecie i poweselał biedny, poczciwy skrzek melancholik.
Hieronim przypomniał sobie piosenkę studencką, śpiewaną o głodzie i chłodzie, która okropnie gniewała mruka. Była tam mowa o poście, który poprzedza Wielkanoc, a Żabba mruczał zawsze z uporem:
„Święconego nie ukąsisz, prędzej ucho swe zobaczysz! Ja ci to mówię i ręczę!”
Nie zgadł Litwin. Minęła bieda, utrapienia, ciężki post — była Wielkanoc.
Żeby tylko ta głowa tak nie bolała i byle zasnąć trochę. Przecie miał urlop.
Aha, prawda. Miał wszakże jakąś miksturę od doktora, któremu się skarżył na bezsenność. Zażył ją, chwilę jeszcze leżał i milczał, aż wreszcie triumf, wspomnienia, ból głowy, zlały się razem w jakiś chaotyczny kłębek wrażeń i tak upragniony sen uspokoił go wreszcie.
Obudziło go po niewiadomej liczbie godzin targanie za rękę i zdyszany głos dziesiętnika:
— Proszę pana wstawać!