— Za granicą. Spodziewam się jej tymi czasy. Zwykle jesienią odwiedza Tepeniec.

Hieronim się skrzywił jak po gorzkim lekarstwie.

— Nie lękaj się! — uspokajał dziad. — Ona ci wody nie zamąci. Możecie się nie spotykać, jest tu dosyć miejsca.

— Kobieta i koza wszędzie się wciśnie, dziadku — rzekł kapryśnie chłopiec. — Gatunki to bardzo podobne, wszystko ogryzą, popsują, zawsze je znajdziesz w szkodzie. Że też dziad to znosić może!

— Cóż zrobić? Nie tylko znoszę, ale mam słabość do tej jedynej kobiety. Była mi na starość jak kwiatek zimą — rozgrzała serce.

„To ci majster dopiero!” — pomyślał Hieronim, bynajmniej nieprzejednany.

Kobiety nie miały nigdy łaski w jego oczach. Miał jeszcze Afrę w pamięci.

Gniewały go przygotowania i mina rozradowana pana Polikarpa, gdy go powitał raz wieścią, że pupilka przysłała depeszę, i patrzył złym okiem, gdy oznaczonego dnia kareta i sześć koni pod eskortą liberyjnej222 zgrai ruszyła do przystani, skąd on niegdyś furmanką jechał do Tepeńca.

W całym pałacu panował ruch odświętny. Nawet Bazyli biegł uśmiechnięty z miną tajemniczą sfinksa223, pomagając ogrodnikowi znosić wazony i kosze owoców.

— Czy nie będzie jeszcze bramy triumfalnej i moździerzy na salwę honorową? — pytał chłopiec zgryźliwie.