— Bogowie Olimpu3 i Walhalli4! Co to, potop? — krzyknął, zrywając się na równe nogi.

Było się czemu dziwić. Chłopski alkierz5, gdzie się to działo, po ramy okien pełen był wody. Wszystkie sprzęty były już zatopione, szczelinami wdzierał się nurt, sycząc; wkoło panowała głucha cisza, tylko z dala dochodziła przeciągła wrzawa głosów ludzkich i przeraźliwy ryk bydła.

Zbudzony, stojąc po kolana w wodzie, rozejrzał się zdumiony.

— Cóż milczysz? — krzyknął do towarzysza. — Gadaj, co się stało!

— Powódź — lakonicznie odparł zagadnięty.

— Wieś zatopiona? Gdzie koledzy?

— Zatopiona. Koledzy bezpieczni, pod lasem. Ja zaszedłem po ciebie.

— Rychło w porę! — zamruczał pan Hieronim. — O włos nie zginąłem przez twą troskliwość.

— Spałeś jak pień.

— Jak pień. Zgrabna metafora. Ciekawym6, jak byś ty spał, gdybyś wrócił z linii po trzech dniach roboty.