Uśmiech szczęścia rozjaśnił chmurną twarzyczkę. Spojrzała mu w oczy tak cudnie, tak miłośnie, że ani się spostrzegł, jak po dawnemu wziął ją w ramiona i przycisnął do piersi.
— Figurki i mnie? — szepnął pochylony.
— A kogóż by innego? — mruknęła niewyraźnie. — Ja nie zapominam nigdy.
— Dziękuję!
Usta chłopca znalazły koralowe wargi dziewczęcia i spoczęły na nich długo, gorąco.
Bronia po chwili podniosła głowę i spojrzała mu w oczy przejmująco.
— Niech pan pamięta, jak ja — szepnęła głucho — bo teraz już nie potrafię żyć bez pana. Wolę umrzeć.
— Jeśli dochowałem wiary dziecku, to teraz nie będę miał żadnej trudności i zasługi! — odparł wesoło, całując jej spuszczane powieki.
— Broniu, Broniu! — rozległ się w dalszych pokojach głos dziada Polikarpa.
Dziewczyna spojrzała żałośnie na ukochanego i wyrwała mu się z objęć.