— Szkarlatyna, miałem wczoraj wiadomość.
— Przez depeszę, to dobrze. Rad jestem z ciebie! Tamten wyjechał za granicę?
— Do Paryża. Szczepan jest z nim.
— Nic już Szczepan nie pomoże. Skończone! Ty mi tego strzeż, Bazyli, nie przemilcz niczego!
— Złego nie znajdę, chyba skłamię!
— To dopiero początek. Przyślij mi zaraz swój adres, skoro wrócą do Petersburga. Będziesz miał trudną robotę!
— Na rozkazy pańskie!
Człowiek się skłonił głęboko, zgarnął pieniądze i wyszedł, cofając się do drzwi.
Nad Tepeńcem zaległa znów ponura cisza. Nie słychać było śmiechu i śpiewu chłopca; młocarnia, na wpół skończona, sterczała jak szkielet, a pyszny wierzchowy arab na próżno grzebał nogą, czekając jeźdźca. Hieronim był daleko. Spieszył, jak mógł, do małej mieściny rybackiej nad Bałtykiem, gdzie Żabba z Bronką i „panią Dulską” spędzali wakacje. Po tygodniu, nad wieczór121, dobił do celu, niewyspany, głodny, upadając ze zmęczenia.
Na progu domostwa zetknął się z przyjacielem, aż się zachwiali obydwaj.