— Żyje dziecko? — huknął Białopiotrowicz.
Żabba, nim odpowiedział, pomacał swój nos, który przy starciu najwięcej ucierpiał.
— A to zawsze tak, z twojej gorączki! — zamruczał.
Hieronim odtrącił go bez ceremonii na bok i poszedł dalej. W pierwszym pokoju „pani Dulska” mieszała jakąś miksturę. Na jego widok złożyła ręce jak do modlitwy.
— Dzień dobry pani! Jakże Bronia?
Na dźwięk tych paru słów zdumiona stara panna zdołała oprzytomnieć. Srebrny głosik dziecięcy rozległ się z sąsiedniej izby.
— Panie, panie, ja tutaj! Proszę przyjść, bo mi wstać nie pozwalają!
Hieronim poskoczył. Dziecko z pościeli wyciągnęło do niego rączęta, wstało na wpół i przytuliło mu się do piersi, zdyszane, szczęśliwe, obejmując go z całych sił za szyję.
Cień z niej został przezroczysty prawie, płakała z radości i dotykała rączkami włosów, twarzy, odzienia, jakby wątpiła, że to on.
— Cóż to, Broniu, gdzieżeś napytała tej biedy? — zagadnął, gładząc ją po główce. Patrzał na nią całym sercem, uśmiechnięty i uspokojony.