— Skąd — spytał samego siebie — ta fotografia mogła się znaleźć tutaj?
— To nasz dobry znajomy, pan Hulatyński — odezwał się za nim jakiś głos pod oknem.
Hulatyński obrócił się żywo w tę stronę i zobaczył, czego w pierwszej chwili nie spostrzegł, że duży fotel nie był próżny, że siedziała w nim nieruchoma i żółta jak mumia, jakaś skruszona, pomarszczona staruszka.
Obecność jej zmieszała mocno Hulatyńskiego, nie przypuszczał bowiem, że ktoś jest w pokoju, nie zachowywał zwykłych środków ostrożności, był więcej sobą. Bał się więc, czy staruszka nie zauważyła tego. Ale ona zajęta widać własnymi myślami, nie dostrzegła wcale różnicy zachodzącej między zachowaniem się gościa, a jego ubiorem, i mówiła dalej zadowolona, że się może wygadać i pochwalić przed obcymi.
— Tak, tak — mówiła — tę fotografią on sam nam ofiarował. Jest jego własnoręczny podpis na drugiej stronie, zobacz pan.
Hulatyński ze zdumieniem spojrzał na staruszkę. A więc ta fotografia nie przypadkiem dostała się do tego domu, sam ją dał z podpisem, więc musiał znać dobrze tę kobietę i ona jego. Szukał w pamięci, ale nie mógł sobie przypomnieć, czy widział kiedy w życiu tę staruszkę.
Inaczej sobie zapewne wytłumaczyła jego badawcze spojrzenie, bo rzekła:
— Pana to dziwi, że taki pan bywał u nas. Ho, ho! Nie tacy bywali. Hrabiowie, książęta starali się o moje względy.
To, co mówiła, tak nie licowało z jej ubóstwem, że Hulatyński wziął ją za osobę dotkniętą chorobą umysłową, i nie przywiązał wcale wagi do jej paplaniny. Obojętnie przysłuchiwał się temu, co mówiła.
— Tak, tak — ciągnęła dalej — miałam ja piękne chwile w życiu, ale bo też nie byłam taka jak dzisiaj. Gdybyś mnie pan był znał przed dziesięciu laty! Gazety rozpisywały się wtedy o mnie. Nieszczęście chciało, że mnie zawiało na scenie. Przeciągi były okropne, ja zgrzana wyszłam z gorącej garderoby, połamało mnie, sparaliżowało, i z pięknej kobiety zostałam kaleką na wieczne czasy.