Łzy zaświeciły w jej oczach i stoczyły się sznurkiem po pergaminowej twarzy. Próbowała je otrzeć chustką i podnosiła ręce kościste do góry, ale te wnet opadły bezwładnie na dół.
— Tak, tak, panie, nikt by teraz nie poznał pięknej Natalii Śniateckiej.
Hulatyński pamiętał to nazwisko, znał dobrze Śniatecką. Ależ...
Spojrzał z niedowierzeniem na staruszkę. Więc ta połamana, zwiędła kobieta miałaby być ową Śniatecką, za którą uganiała się młodzież kilkanaście lat temu? — oczom własnym nie wierzył, widząc ją tak strasznie zmienioną.
Była to aktorka dosyć miernych zdolności, ale była nadzwyczaj piękna i dlatego miała wielkie powodzenie. Panowie z arystokracji zaszczycali ją swoimi względami i bywali u niej. Hulatyński także tam chodził dla zabicia czasu i przyjemnego spędzenia wieczoru, bo bawiono się u niej doskonale.
Przypomniał sobie teraz, że miała przy sobie kuzynkę, której na imię było Olimpka, a która mu bardzo w oko wpadła i zajmowała go dość długo. Było to dziewczątko bardzo jeszcze młode, dziecko prawie, które dopiero wchodziło w panieńskie latka i w dłuższe sukienki — trochę jeszcze niezgrabne, trwożliwe, nieśmiałe, ale miało urok niewinności, który Hulatyńskiego pociągał.
Odgrzebując pamięcią te wspomnienia, przypomniał sobie pierwsze chwile poznania tej panienki. Było to podczas jakiegoś bankietu u Śniateckiej. Po wieczerzy i szampanie, który go trochę odurzył, zmęczony towarzystwem, hałaśliwą wesołością, gdy mu ból głowy dokuczać zaczął, usunął się cichaczem do drugiego pokoju i tam położył się na sofie, aby wypocząć nieco. Leżąc tak jakiś czas spokojnie, nieruchomo, zauważył jakiś głos jednostajny, przytłumiony, jakby ustawiczne brzęczenie, oraz wąski pasek światła padający przez dziurkę od klucza do przyćmionego pokoju, w którym się znajdował.
Zaciekawiony, co to za głos jednostajny, jak brzęczenie muchy, wstał i zbliżył się na palcach do drzwi, i przyłożywszy oko do dziurki od klucza, zobaczył na tle białej ściany, oświetlonej kuchenną lampką, profil młodej panienki.
Mogła mieć najwyżej lat szesnaście, twarzyczkę miała miluchną, zarumieniona w tej chwili zapałem, z jakim oddawała się nauce, oczy czarne, nad czołem gęsta grzywka, którą powichrzyła nieco rękoma, mając na nich opartą główkę. Uczyła się tak zapamiętale, że cała jej uwaga skupiła się w książce, na którą co chwila spuszczała oczy i podnosiła je znowu do góry, ruszała przy tym wargami, jakby opowiadała sufitowi to, co w książce wyczytała.
Hulatyński przypatrywał się jej z wielkim zajęciem. To dziewczątko młode, otoczone jakąś świetlaną aureolą niewinności i pracy, dziwny kontrast stanowiło z hulaszczym towarzystwem w salonie, skąd dochodziły go rozpasane śmiechy i wyuzdana wesołość.