Nie poprzestał jednak na roli obserwatora. Przyzwyczajony iść zawsze za pierwszym popędem, wszedł bez ceremonii do następnego pokoju.
Była to właściwie kuchnia. Kucharka nierozebrana drzymała na stołku, oparłszy głowę na kolorowej pierzynie, kot bury zwinąwszy łapy pod sobie drzemał także na poręczy łóżka. Za wejściem Hulatyńskiego otworzył oczy, popatrzył na wchodzącego i znowu je zamknął.
Drobne te szczegóły utkwiły mu w pamięci, poruszone powstawały w myślach jeden po drugim i uprzytomniły mu ową chwilę i pierwsze wrażenia.
Pamiętał dobrze, że panienka zajęta nauką, mając przy tym uszka przyciśnięte rękoma, nie słyszała jego wejścia. Dopiero, gdy stanął tuż przy niej, zerwała się przestraszona i spojrzała na niego tak trwożnie i niespokojnie, a zarazem błagalnie, broniąc się tym spojrzeniem od jego napaści, że Hulatyńskiego spojrzenie to onieśmieliło, i chcąc usprawiedliwić swoje wejście, poprosił ją o szklankę wody.
Podała mu ją ze skwapliwością, jakby chciała go się pozbyć co prędzej.
Hulatyński jednak nie myślał wcale odchodzić. Pił długo, a przynajmiej udawał, że pije, a oczyma tymczasem pożerał panienkę, która stała przed nim ze spuszczonymi oczkami, zakłopotana, niewiedząca, co robić ze sobą. Przypatrywał się z lubością jej gęstym warkoczom związanym z tyłu w pół aksamitną wstążeczką, jej długim rzęsom, których cień padał do połowy twarzy płonącej wstydliwym rumieńcem, i choć widział, że niecierpliwie wykręcała sobie paluszki i przestępowała z nogi na nogę, czekając, aż sobie pójdzie, nie myślał wcale odchodzić.
Aby mieć jednak powód przedłużenia tu swojej bytności, wziął książkę leżącą na stole, obejrzał ją i spytał, czego się uczy.
Wyrecytowała mu odpowiedź pospiesznie jak lekcję, że się uczy geografii, że ma się jeszcze uczyć religii i niemieckiego, że teraz mają się w ogóle bardzo wiele uczyć, bo egzaminy wkrótce nastąpią. Z dalszej rozmowy dowiedział się, że jest sierotą, że ciocia Natalia wzięła ją do siebie po śmierci matki, że chodzi do seminarium i kształci się na nauczycielkę.
Hulatyński, obracając się wśród kobiet światowych albo też dam z półświatka, nie miał nigdy sposobności obcowania z tego rodzaju podlotkami, nieowianymi jeszcze atmosferą zepsucia. Nic też dziwnego, że młode dziewczątko zrobiło na nim niezwykłe wrażenie i zajął się nim bardzo.
Zaraz na drugi dzień oświadczył Natalii, żeby Olimpkę kształciła i wychowała jego kosztem. Kazał jej posprawiać sukienki, książki, kapelusze i rościągał nad nią jakby rodzicielską opiekę. Bywał teraz także częstym gościem w domu Natalii, a zawsze w takiej porze, aby mógł zastać Olimpkę, więc zwykle w porze obiadowej, bo wtedy żadnych gości nie było. Dla Olimpki słuchał pobłażliwie pustej gadaniny Natalii, która go bawić usiłowała, a raczej udawał, że słucha, a oczyma tymczasem pożerał młodziutką pensjonarkę.