Wydawała mu się prześliczna, pełna wdzięku; nawet szczupłość jej i nierozwinięte jeszcze kształty, nieśmiałe i niezgrabne ruchy miały w jego oczach niesłychany urok pączka nierozkwitłego jeszcze. Gniewało go to tylko, że była taka dzika, że unikała jego spojrzeń i trzymała się z dala od niego. Siedziała zawsze z oczyma utkwionymi w talerz, nie mówiąc nic i odpowiadając krótko na jego pytania. Gniewało go to, ale zarazem pociągało jeszcze bardziej do niej.
Tak mało przyzwyczajony był do uporu ze strony kobiet, że przeszkoda, którą znalazł na drodze, była dla niego miłą niespodzianką. Zdobyć sobie serduszko tak niedostępne — to był dla niego rodzaj sportu, wyścig z przeszkodami. Żadna ofiara zrobiona w tym celu nie wydawała mu się za wielką, wysilał też wyobraźnię na sprawianie jej ciągłych niespodzianek, obsypywał ją i Natalię — bo nie wypadało i tej pomijać, tym bardziej szło mu o to, aby ją sobie pozyskać — więc obsypywał obie prezentami, bukietami, cukrami, woził je na spacer, a wszystko dla pozyskania sobie życzliwości „kopciuszka”, jak Natalia przezywała żartobliwie swoją siostrzenicę. Największą dla niego rozkoszą było widzieć ją zadowoloną, uśmiechniętą. Na każdym kroku dawał jej dowody swojej pamięci i troskliwości o nią — tak że aż Natalia poczęła zasępiać się na to.
— Ależ na miłość boską! — powiedziała mu pewnego razu, gdy wysadzając Olimpkę z powozu, jej zapomniał zupełnie podać rękę. — Zaniedbujesz mnie pan formalnie dla tej smarkatej. Gdybyśmy tak obie wpadły w wodę, to jestem pewna, żebyś mi najspokojniej pozwolił się topić, bylebyś Olimpkę mógł wyratować.
Mówiła to śmiejąc się — na pół żartem, w którym jednak było trochę prawdy i urazy.
Niepodobna było, żeby takie oznaki przywiązania, zajęcia się, nie zawróciły główki młodej panience. Poznać to można było po spojrzeniach pełnych wdzięczności, jakimi oblewała go, dziękując za wyświadczane grzeczności, po rumieńcach, jakie występowały jej na twarz, gdy przychodził lub gdy z nią rozmawiał.
Wytrawne w tym względzie oko Hulatyńskiego prędko odgadło przemianę, jaka po kilku tygodniach zaszła w jej postępowaniu i całym zachowaniu się względem niego. Doszło do tego, że mu nawet dość wyraźnie powiedziała, mimo wrodzonej nieśmiałości.
Było to za miastem, w polu, dokąd we troje wyjechali na spacer. Natalii zachciało się szukać szczęścia w koniczynie. Olimpka poszła za jej przykładem i z pochyloną główką chodząc tu i tam, upatrywała pilnie czterolistnej koniczyny. Hulatyński tymczasem położył się w cieniu drzewa na trawie i palił cygaro.
Po niejakim czasie Olimpka zbliżyła się do niego i płonąc cała, jak to było jej zwyczajem, podała mu z nieśmiałością czterolistną koniczynę.
— Weź pan to — rzekła — i noś przy sobie, bo to szczęście przynosi.
— A dlaczegóż panna Olimpcia nie bierze tego dla siebie? — spytał, topiąc w niej spojrzenie pełne wdzięczności za pamięć o nim.