— Bo... bo ja wolę, żeby byli szczęśliwi ci, których... — i nieśmiała dokończyć.

— Których co?

— Których lubię.

— Więc panna Olimpcia mnie lubi? — spytał biorąc ją za rękę.

— Alboż pan tego nie widzisz? — odrzekła mu z dziecinną szczerością, która go ucieszyła stokroć więcej niż najgorętsze wyznania innych kobiet.

— Skoro tak — rzekł — to muszę zachować ten talizman szczęścia.

Wziął w rękę medalonik złoty, który wisiał u łańcuszka od zegarka, z cyfrą jego, ułożoną z diamencików, otworzył go i włożył weń listek.

Olimpka z zajęciem przypatrywała się medalionowi, cyfrze, a potem jak wkładał listek.

— A co tam jest więcej? — spytała.

— Włosy mojej nieboszczki matki.