Nastała chwila milczenia, chwila dziwnie uroczysta, która Hulatyńskiemu utkwiła w pamięci.

Olimpka była tak wzruszona w tej chwili, że nic mówić nie mogła, ale oczy jej mówiły za nią i dziękowały mu za ten zaszczyt, że listek z jej ręki umieścił obok pamiątki po matce. Aż spoważniała z tego zaszczytu.

Medalion ten do dziś dnia wisiał u niego przy zegarku, tylko że schowany przed ludźmi. Czy w nim znajdowała się czterolistna koniczyna? — Prawdopodobnie! Ale pewny tego nie był, bo od tego czasu nie zaglądał do medalionu i zapomniał zupełnie o tej pamiątce, gdy tę, co mu ją dała, stracił z oczu i z myśli.

Mała na pozór okoliczność przerwała tę piękną sielankę. Czuł jakiś nieokreślony szacunek dla młodego dziewczęcia: on, który przywykł kobiety traktować sobie dość lekko, dla niej był zupełnie inny, nie wyrwał się przy niej nigdy z żadnym dwuznacznikiem, z żadnym śmielszym słowem, a gdy Natalia pozwoliła sobie czasem przy niej na coś podobnego, karcił ją surowym wzrokiem za to i parę razy ostro jej to potem wymówił.

Ale gdy raz znalazł się przypadkiem sam na sam z Olimpką, przyszła i na niego chwila zapomnienia, pochwycił ją w objęcia i gorący pocałunek wycisnął na jej nieskalanych ustach. Nie odtrąciła go, nie broniła się, tylko przymknęła oczy i zbladła straszliwie. Dopiero po chwili wybuchnęła serdecznym płaczem.

— Olimpko, co ci jest? Dlaczego płaczesz?

I, przytuliwszy ją do siebie, chciał znowu pocałować.

— Niech pan tego nie robi — odezwała się błagalnie — bo mi to wielką przykrość sprawia.

— Przykrość? Dlaczego?

— Bo to grzech.