Praży blaskami bitwę, prowadzoną żmudnie,
Gdy kilofem górnika rąbiesz w odłam skalny,
Który stygnie i spada — czas nieodwracalny,
Albo nożem rozcinasz ciężkich godzin gęstwę, —
Ach, ile sił potrzeba, żeby serce męstwem
I dzień uśmiechem nalać, jak winem łez czystych,
I w końcu zamknąć klamrą, niby rymem dystych,
Pod wieczór dobrotliwy, kiedy serce wierzy!...
O, ciche niebo w oczach! ostatnia wieczerzy!...
Przez bandaże obłoków, które zwilża rosa,