— Cóż, Emuś, życie jest przypadkiem, a śmierć przeznaczeniem. Musimy przecież kiedyś umrzeć.
A potem cicho deklamuje smutny wierszyk: „Rozdzielą nas drogi nieznane i fale dalekich mórz. Rozdzielą nas ludzie niedobrzy i dobrzy ludzie, i Bóg”. Cisza. Przed stacją żegnamy się ze Stachem, klepię po pysku starego konia, Maćka.
W pociągu stale denerwuję się. Podróżowałam zawsze sama, a teraz boję się, aby ktoś nie zwrócił uwagi na Jurka.
Wydaje mi się taki wysoki i rzucający się w oczy w swojej skórzanej kurtce.
W końcu Warszawa. Szum, ruch, Boże, żeby i nas nie zaczepiono po wyjściu z dworca, ale jakoś mijamy niebezpieczną strefę. Jedziemy dorożką aż do przystanku tramwajowego, idącego direct na Sadybę. Każdy mundur policjanta wprowadza nas w niebywały strach. Po ostatnim wpadunku boję się po prostu każdego policjanta.
Zastajemy u R. teściową i Zosię, która dnia poprzedniego wróciła przez placówkę z getta. Dowiaduję się od niej, że rodzice moi jako tako urządzili się u chłopa, przez kilka dni zażywali błogiego spokoju, ale w końcu dostali wezwanie do wójta, jako osoby nowo przyjezdne. Ojciec postanowił wyjechać.
W Warszawie tułali się przez kilka dni za duże pieniądze, w końcu widząc, że urządzić się nie sposób, wrócili. Ojciec ma projekty na jakiś bunkier, poza tym getto szykuje się do obrony.
— Twój ojciec entuzjazmuje się tą organizacją i aktywnie pracuje. Namawiał mnie, abym została i przyłączyła się do nich, ale ja to uważam za ostateczność, trzeba wykorzystać wszystkie możliwości urządzenia się tutaj.
— Opowiedz mi — proszę — jeszcze coś o rodzicach.
— Cóż, mieszkają tam, gdzie mieszkali. Raz spotkałam twego papę, jak szedł z bochenkiem chleba. Tego dnia nie mogłam w żaden sposób nigdzie dostać pieczywa i spytałam się ojca, w jaki sposób go zdobył. Dostał go z gminy. Mimo moich protestów ofiarował mi połowę chleba.