— Zostańcie — prosi Ala — to się jeszcze wszystko rozejdzie po kościach, przecież tam w Warszawie też jest niebezpiecznie.
— O, i jak jeszcze!
Dostaję list od rodziców, pisany w Warszawie.
„Byliśmy zmuszeni, z powodów od nas niezależnych, przyjechać do Warszawy. Jesteśmy tu już od trzech dni, ale też nie możemy się urządzić. Wracamy z powrotem”.
Wracamy z powrotem. List pisany ołówkiem w pośpiechu, jakby na kolanie. Jakże zmieniony charakter pisma ojca! „Wracamy z powrotem”. Ile rozpaczy w tych słowach, z tragicznym zygzakiem skreślonym niecierpliwą ręką.
Chodzę, jak pijana. Koniec marca — bzy przed domem wypuszczają pąki. Ala oczyszcza drzewka od jakichś plamek. W powietrzu wiosna! Wiosna zawsze budzi nadzieję. Natura powraca do życia po śmierci — zimie — i zdaje się, że wszystko powinno, musi żyć! Kot-matka grzeje się na słońcu. Podnoszę go. Chciałabym być tobą, grzać się jak ty na cieple i nie myśleć o jutrze. Ach, czemuż urodziłam się człowiekiem?
Po wyjeździe ze Sławka!
Jest ciemno, Stasiek pogania konie — żegnaj Sławku! Przytulam się do mego męża.
— Jureczku, nie martw się, jakoś sobie damy radę, jakoś tam będzie. Obyśmy tylko byli zawsze razem!
Jurek obejmuje mnie.