Przyjeżdżam tam z Gertą, która Eryka umieściła gdzieś w Warszawie, a moją teściową odwiedza co parę dni. Już po drodze Gerta informuje mnie, że Zosia na razie wróciła do getta, że miały obie w Warszawie ciężkie przejścia i zostały obrabowane.
Teściowa wita mnie z wielką wylewnością. Zaraz po wyjściu z dworca warszawskiego zatrzymali ich „łapacze” w bramie na Marszałkowskiej. Ściągnęli z nich obrączki i zegarek. Dzień spędziły u jakiejś znajomej, ale już na drugi dzień ktoś miał do nich przyjechać. Znajomy Zosi, również kryjący się po aryjskiej stronie, umówił się z jakąś kobietą, poleconą przez kogoś, że je do niej na noc przyprowadzi. Umówiono się, że przyjdą wieczorem, ponieważ po ostatnim szantażu bały się wprost światła dziennego. Jakież było ich przerażenie, kiedy podchodząc do domu owej praczki, zostały zatrzymane przez policję. Wylegitymowano je, oświetlono latarkami twarze. „Pójdziemy na komisariat”. Komisariat, śledztwo — to śmierć. Błagały, by je puszczono. W końcu policjanci dokonali dokładnej osobistej rewizji, nie cofając się przed zdjęciem trykotów, staników i pasków do pończoch (wszystko to odbywało się na jednym z pustych placów Żoliborza). Znaleźli zaszyte pieniądze, zrabowali je i odeszli. Jakie było przerażenie kobiet, gdy po dojściu do mieszkania, gdzie miał być dla nich przygotowany nocleg, zastały drzwi zamknięte. Dobijały się bez skutku. W końcu domyśliły się, że chyba sama praczka nasłała na nie policję. Nie mając rady, wróciły z powrotem tam, gdzie już nocowały. Z powodu przyjazdu gości zamknięto je w ciemnej komórce i tam spędziły noc. Nazajutrz, po obliczeniu swoich „kapitałów”, przekonały się, że niewiele co zostało i Zosia postanowiła wrócić do getta, by sprzedać gabinet, jeżeli nie będzie możności urządzenia się w bunkrze. Tymczasem przypomniały sobie o pewnej starej dobrej znajomej. Skomunikowały się z nią. Ta oświadczyła, że może im zarekomendować schronienie u dr Rak. Umówiły się, że teściowa zostanie u R., a Zosia pójdzie do getta i spróbuje spieniężyć gabinet. Może uda jej się wynieść jeszcze nieco rzeczy.
Tak też uczyniono.
Mała Żydówka Eda uchodziła za bratankę pana R. Była to dziewczynka mądra, miła, miała w getcie rodziców i czteroletniego braciszka. Ogromnie za nimi tęskniąc i szukając życzliwości, przylgnęła całym sercem do rodziny R., odnosząc się do nich jak do bliskich sobie. Znalazła ona oddźwięk w ich sercach, pani R. traktowała ją jak matka.
Teściowa moja była na razie zadowolona ze swojej gospodyni. Jest miła, wesoła, wprawdzie bardzo lekkomyślna i niegospodarna, ale za to sprawia wrażenie osoby uczciwej. Dzieci jej, dziewiętnastoletnia Inka i o dwa lata starszy od niej Stefan, są grzeczne i uprzejme.
— Czy na wszelki wypadek moglibyśmy się tu zatrzymać? — pytałam. — Nie na długo zresztą, ponieważ jest tu zbyt drogo dla nas.
R. wprawdzie przyrzekła już przyjąć rodziców Edy i Zosię, a nie jest wskazane ani bezpieczne, aby dużo Żydów kryło się razem, tym niemniej przyrzeka nam użyczyć na krótko schronienia.
Wyjeżdżam zadowolona, że choć jest gdzie zatrzymać się.
Na razie na Sławku nic się na pozór nie zmieniło, ale wszyscy są szalenie zdenerwowani, przewrażliwieni, po prostu czuje się napięcie w powietrzu.
Trzeba jechać...