Co dzień rano idę na miasto, zwracam się do wszystkich znajomych, których uważam za stosunkowo życzliwych, z prośbą o pomoc. Przede wszystkim trzeba mieć zabezpieczony dach nad głową. Ale okazuje się, że nasze „lipowe” dokumenty na Warszawę nie nadają się, nie możemy się na nie meldować, a bez meldunku nie możemy oficjalnie mieszkać. Za nowe dokumenty chcą bajońskie sumy, a nie możemy znaleźć tańszego źródła. Nie mamy tyle pieniędzy...
Pani Alina oświadcza, że wydać mebli, do których przyzwyczaiła się przez dwa lata, nie zgadza się, ale może je odkupić.
Ustalamy śmiesznie małą sumę. Ale pani Alina zwleka z wypłatą z dnia na dzień. Pan Radowski zaufany wujka, u którego część naszych rzeczy była złożona, również niewyraźnie się zachowuje. Wie, że sama nie mogę do niego chodzić, ponieważ w domu, gdzie mieszkam, niebezpiecznie mi się pokazywać, więc na moje listy odpowiada wykrętnie, przez telefon sam oznajmia mi, że go nie ma.
Jeszcze ciągle myślę o wyciągnięciu z getta rodziców i wujka, ale są to zupełnie nieziszczalne marzenia, ponieważ sama nie mogę się urządzić. Tylko nocami mogę myśleć o tym i wyobrażać sobie różne szczęśliwe niemożliwości.
Wielkanoc. Wiosna. Na drzewach pojawiły się pąki, zakwitły bzy, zazieleniło się.
Sadyba Czerniakowska przybrała nową szatę. Opodal, w willach, bogaci, spokojni ludzie wynosili swoje leżaki na werandę, cztery rasowe psy japońskie milionerki Rejtowej, ubrane w nowe, kolorowe wstążeczki, szczekały na przechodniów przylepiając mordy do parkanu. Co dzień, gdy zmęczona przyjeżdżałam z miasta, bawił mnie ten widok. Co tydzień płaciliśmy pani R. rachunki. Były kolosalne. Z przerażeniem stwierdzaliśmy, że nasza kasa galopująco pustoszeje. Dzwoniłam do wujka, pytałam o rodziców. Niestety, żadnej dobrej wiadomości nie dostawałam. Nie miałam już z czego posyłać im pieniędzy, a moje coraz bardziej alarmujące prośby i błagania o wydanie mi rzeczy albo pieniędzy za meble, pozostawały bez skutku.
Pewnego dnia udałam się do Jasi. Rodzice byli u niej przed wejściem do getta. Opowiadała mi za każdym razem o tym ze łzami w oczach. Takie to było straszne, takie straszne. Zostawili u niej swoje aryjskie dokumenty. Siedziałam u niej w kuchni. Jasia krzątała się przy obiedzie.
— Już nie wiem, Jasiu, do kogo się zwrócić. Może by tak do Fiuka?
Fiuk to jakiś krewny Jasi, który przez pewien czas mieszkał z rodziną u nas w domu. Był bardzo biedny i rodzice pomagali mu. Potem dostał posadę w ministerstwie jako woźny i w święto przychodził często do rodziców, prezentując swoje dorastające dzieci. Przy każdej okazji zapewniał o swojej wdzięczności dla nich. Robił wrażenie spokojnego i uczciwego.
— Fiuk zawsze się tak o państwa dopytuje. Kiedy mu opowiedziałam, że pani rodzice byli tu, nie mógł odżałować, że ich nie widział. Niech się pani do niego zwróci. Taki prosty człowiek może mieć więcej serca i zrozumienia niż inny.