— Tak, Jasiu, myślę o tym.
Wiem, Olszewski, Jasia, Frania, Stasiek to nasi prawdziwi przyjaciele.
Tegoż dnia idę do Fiuka. Zastaję go wraz z żoną. Prawie nie poznają mnie, potem są jacyś zakłopotani, ja również nie wiem, jak się mam zachować. Właściwie są to zupełnie mi obcy ludzie. Prośba o coś zawsze sprawiała mi trudność, a teraz słowa po prostu więzną mi w gardle. Przemagam się.
Fiuk oświadcza, że ma znajomego na wsi i tam myślał ulokować moich rodziców. Wobec tego, że znajomy ten ma duże stosunki w okolicznych wsiach i majątkach, więc może uda mu się Jurka urządzić na jakiejś posadzie.
Nazajutrz jest niedziela. Nie tracąc czasu, postanawiamy, że obaj pojadą do Grójca. Fiuk przedstawi Jurka jako kuzyna wysiedlonego ze Śląska. Jadę do domu wprost szczęśliwa — jest nadzieja na urządzenie się!
Nazajutrz jedziemy w wesołym nastroju na Natolińską do Fiuków. Obmyśliłam już szczęśliwe plany, jak to my, urządzeni na wsi, sprowadzimy rodziców. Tak, człowiekiem pracującym nikt się zbytnio nie interesuje. Jeżeli przyjedziemy na pracę, szybko zaaklimatyzujemy się.
U Fiuków już czekają na nas. Oboje rodzice, dziewiętnastoletnia córka wymalowana i ubrana z tanią elegancją, znałam ją jako małą dziewczynkę i po prostu trudno mi ją poznać, oraz dwóch chłopaków — trzynastoletni i ośmioletni. Przedstawiają nas jako krewnych, ale Janka — córka wie, kim jesteśmy. W pewnej chwili przychodzi przyszły zięć, narzeczony Janki. Jest to młody dwudziestokilkuletni człowiek o twarzy wyjątkowo niesympatycznej i chytrych, rozbieganych oczach, robi na nas wrażenie bardzo niekorzystne i z przerażeniem dowiadujemy się w trakcie rozmowy, że wie, kim jesteśmy. Zapewnia nas o swojej przyjaźni i czym więcej mówi o swojej życzliwości, tym bardziej boję się go i nie wierzę mu. Godzina odejścia pociągu zbliża się i Jurek z Fiukiem zabierają się w drogę. Ziutek, takie jest imię narzeczonego Janki, pragnie mnie odprowadzić do domu, ale ja ze względów ostrożnościowych pozwalam się tylko odprowadzić do tramwaju i jadę w odwrotnym kierunku, chcąc zatrzeć ślady za sobą. Ten człowiek nie podoba mi się.
Na drugi dzień Jurek wraca. Gospodarz, u którego byli, przyrzekł wystarać się o coś dla niego. Jest to człowiek sympatyczny, szczery, na razie dał mu list do swego przyjaciela, administratora wielkiego majątku hrabiowskiego w Tunelu koło Trzebini.
— Mam nadzieję, że on pana urządzi.
Jurek ze swoją męską postawą, jasnymi oczami i szlachetną twarzą wszystkim się podoba, we wszystkich wzbudza zaufanie.