Teściowa rozpacza: w taką drogę, tak daleko, to jest niebezpieczne.
— A w Warszawie jest bezpieczniej?
Zresztą jaką mam radę? Całą noc nie śpię, może nie pozwolić mu jechać, co robić, kogo się poradzić? Słabej, bezradnej Zosi? Zdenerwowanej teściowej? Wiem, że jesteśmy jak łupinki orzecha podczas burzy na morzu, ale nie mamy na to rady — albo przetrwamy burzę, albo fale nas pochłoną...
Jurek jedzie. Oczekuję z szalonym niepokojem. Boże, żeby szczęśliwie dojechał!
Rano ktoś stuka do furtki. „Może Jurek przyjechał” — myślę. Wyskakuję z łóżka i biegnę do okna. Wzdłuż domu idzie kilku mężczyzn, jacyś urzędnicy czy znajomi. Zosia z teściową jeszcze śpią. Budzę je. Wtem drzwi bez pukania otwierają się i dwóch panów z teczkami wchodzi do pokoju.
— A kto tu mieszka? — pytają R., która wsuwa się za nimi. — Meldowani?
— Nie, niedawno przyjechali.
Podajemy dowody. Z sąsiedniego pokoju dobiegają nas słowa: Jakubowiczowa, niemeldowani, dowody z urzędu śledczego.
Jak to dobrze, myślę, że Jurka nie ma w tej tragicznej chwili. Gotowam to wypowiedzieć mojej teściowej.
— Proszę się ubrać, pojedziemy do urzędu śledczego.