Teraz Zosia.

Jeden z urzędników zadaje tysiące pytań Adasiowi, który ma na wszystko jednakową odpowiedź: nie wiem, proszę pana. Mówi to przymilnie i z uśmiechem na twarzy, ale panu urzędnikowi odpowiedzi nie bardzo są potrzebne. Brutalnie ściąga z małego koszulkę i jeszcze brutalniej sprawdza jego przynależność rasową. Dziecko płacze. Eda bierze je na ręce i uspokaja. Znów targi, płacze, błagania.

Wędrówki po Warszawie

Część pieniędzy wędruje do kieszeni urzędników. Jeden z nich, zachowujący się możliwie najspokojniej, na pożegnanie mówi mi:

— Niech pani ucieka stąd jak najszybciej. Jeszcze nieraz będzie tu niejedna taka wizyta-rewizja. A może i ktoś inny przyjechać.

Tego wieczora Jurek przyjechał i opowiada o życiu w Tunelu. Administrator przyrzekł mu dać znać, jak tylko zwolni się jakieś miejsce, w każdym razie zapewnił go, że nastąpi to szybko.

Ach, jakie tam życie! Spokój, o Żydach wcale się nie mówi. Administrator chciał go jak najdłużej zatrzymać. Był wyjątkowo serdeczny i gościnny.

— Właściciel majątku, hrabia, któremu mnie przedstawiono, okazał się również miły. Podobno zrobiłem na nim korzystne wrażenie.

Marzymy teraz o szczęśliwym Tunelu, a na razie powinniśmy się jak najszybciej wyprowadzić, ale dokąd. Nie mamy do kogo się zwrócić. Jedziemy do Fiuka. Ziutek bierze się dziarsko do dzieła, jedzie do swoich znajomych, szukając dla nas locum i przedstawiając Jurka jako krewnego. Wreszcie lokuje nas u jakichś znajomych Fiuków. Tam możemy zatrzymać się parę tygodni czy miesięcy, a przez ten czas przecież coś się z pracą wyjaśni. Nowe mieszkanie na Złotej składa się z czterech pokojów. Właścicielem jest wdowiec geometra i jego kochanka, młoda wiejska dziewczyna, Mierzycka Marysia, krewna Fiukowej. Stąd ta znajomość. Połowę mieszkania zajmuje pracownia protez, a nam użyczają przejściowy pokój stołowy. Ma to tę nieprzyjemną stronę, że stale jesteśmy wszystkim na oku. Jurek twierdzi, że nie wolno nam siedzieć w domu, ponieważ może to wzbudzić podejrzenie, wobec tego całymi dniami wędrujemy bez celu, narażając się łapaczom ulicznym. Wędrówki te są po prostu koszmarem. Osłabieni złym odżywianiem, łazimy po Warszawie. Ja jestem przerażona, stale pod wrażeniem, że ktoś nas obserwuje, że za chwilę nas zatrzymają. Co dzień chodzimy do fabryki, odwiedzić panią Alinę, która jest stale albo nieuchwytna, albo solennie przyrzeka przynieść pieniądze. Omawiamy termin i miejsce, a ona nigdy na te spotkania nie przychodzi. Jesteśmy bezradni. Kręcimy się bez pieniędzy. Mamy jeszcze dwadzieścia dolarów, ale wahamy się przed ich zamianą, zostawiamy je ciągle na gorszą chwilę. Teściowa z Zosią też znajdują mieszkanie czasowe na Żoliborzu. Tam przyjeżdża na Sadybę niespodziewanie Eryk. Jego opiekun miał jakąś scysję z sąsiadką. W trakcie kłótni chłopczyk usłyszał jak mu wygrażała: „a kto jest ten chłopak, co u was mieszka, czy to czasem nie Żyd? Trzeba sprowadzić żandarmów!”

— Wziąłem czapkę — mówi mały — i niespostrzeżenie pobiegłem na stację. Na szczęście mamusia zostawiła mi kilka złotych, tak że mogłem wykupić bilet. W domu na Złotej nie wolno mi się pokazywać, więc tu przyjechałem.