— Wpadłeś, Eryku, z deszczu pod rynnę.
Pani J. biega całymi dniami w poszukiwaniu jakiegoś miejsca. Ma przy tym wielkie trudności z pieniędzmi, ponieważ pieniądze były złożone wspólnie z bratem u jakiegoś znajomego aryjczyka, który nie chce jej nic wydać, tłumacząc się tym, że bez jej brata wydać nie ma prawa. Był to naturalnie wykręt. Brat pani J. zginął w getcie, w ten sposób pieniądze miały zostać w rękach „uczciwego” przyjaciela. Los pani J. — z dwojgiem dzieci i mężem o bardzo semickim wyglądzie był nie do pozazdroszczenia.
Do R. wpadliśmy na krótko, aby poinformować się o matkę i Zosię. Pani R. odwiedzała je. Nasze wizyty u nich były zbędne ze względu na niebezpieczeństwo. Przewieszony przez balustradę balkonu ręcznik miał oznaczać spokój i wstęp dla nas. Byliśmy tam dosłownie kilka chwil, aby znów nie dostać się łapaczom i aby nikt nas tam nie zastał.
Któregoś dnia otwiera nam furtkę Inka, zmieniona nie do poznania.
— Znów wpadunek — szepcze — opowiem wam wszystko, chodźmy nad wodę.
Siadamy na trawie nad rowem. Dzień jest ciepły, prawdziwie wiosenny. Wpatruję się w biegnącą wodę, Inka siedzi między nami.
— Pani J. jak zwykle wyszła na poszukiwanie mieszkania, uprzedzając, że jeżeli nie wróci na noc, żeby się nie niepokoić, bo może zatrzymać się u męża w śródmieściu. Mama też pojechała do miasta. Siedzę z dziećmi na górce. Wtem stukanie do furtki. Jakiś mężczyzna stoi z teczką pod pachą. Wygląda na urzędnika elektrowni czy komisarza zarządu. Biegnę, otwieram. Wchodzi, a za nim kilku, nie wiadomo skąd, jakby spod ziemi wyrośli, widocznie schowali się za drzewami. Wchodzą do domu. Rewizja. Tajna policja. Na górce znajdują się dzieci, Adaś, Eryk, Eda. Proszą o dokumenty, przedstawiam im metryki.
— Gdzie mieszkają?
— Na wsi, przyjechali na kilka dni.
Sprawdzają chłopców, śmieją mi się w oczy.