— Gdzie rodzice?

W końcu każą się ubrać Erykowi, Edzie i Adasiowi i marsz w Aleje Ujazdowskie.

Trzymam płaczącego Adasia na kolanach, a z obu stron bladzi z przerażenia Eryk i Eda przykucnęli przy mnie. Nasza grupa odbija się w lustrze. Jak boleśnie wyglądamy! Przed nami pięciu agentów. Straszą nas rewolwerami, krzyczą, grożą. Jeden z nich wystrzelił na postrach.

— Zabijemy was na miejscu! Zostaw ich, bo tak i ciebie zabijemy!

Proszę, błagam, aby poczekali, może ktoś ze starszych nadejdzie, mam przy sobie zaledwie kilka złotych. Zabawiam ich rozmową, jak mogę. Przyjmuję zaloty wręcz ohydne jednego z nich, tylko żeby poczekał. W końcu przed samą godziną policyjną przychodzi mama i Stefan. Na Stefana rzucają się jak na zwierzynę, znów Żyd. Tym razem pomylili się. Mama też pieniędzy nie ma. Pani J. nie przyjdzie już, bo późno, zostanie na noc w mieście. Agenci źli, że niepotrzebnie zmarnowali tyle godzin na czekanie, są nieubłagani. W końcu mama uprasza jednego z nich, aby pojechał szukać panią J. Znamy adres mieszkania. Jest to wprawdzie bardzo niebezpiecznie pokazywać agentom, gdzie Żyd mieszka, ale trudno, nie ma innej rady. Jak pozwolić na śmierć dzieci? W nocy przyjechały obie z mamą. Znów targi. W końcu zabrali wszystkie lepsze rzeczy i kilka tysięcy złotych. Gerta powiadomiona już, naturalnie, swoją część za Eryka zwróci. Ale po tym wszystkim pani J. nie ma się już gdzie z dziećmi podziać. A najgorsze, że męża skrytka też już właściwie jest zdradzona. Gerta dziś zabiera Eryka. Szykuje mu jakieś miejsce pod Krakowem.

Wieczorem wpada Stefan, cały dygoce. Zajechała maszyna z żandarmerią do R. z sąsiedniej willi. Teściową i Zosię chowamy do szafy. Pani J. z Adasiem na stryszek, przykrywamy ich płachtami. Żandarmi otaczają nasz blok. Jurka chowamy w skrzyni i przykrywamy papierem i książkami. Te wszystkie zaimprowizowane kryjówki mają wiele felerów i wprawniejszym okiem dostrzegłoby się schowanego. Dla mnie i dla Edy nie ma możliwej kryjówki. Kładę naprędce chłopkę Inki, pamiątkę po jakimś Zakopanem, na głowę chustkę i pracowicie zabieram się do zmywania talerzy. Może na służącą nie zwrócą uwagi. Eda odrabia lekcje, rozłożyła przed sobą książkę, zeszyt i pilnie przepisuje, wysuwając język z napięcia. Mała rączka drży i litery wychodzą niewyraźnie. Adaś ma kaszel. Inka z Rakowską są na tarasie, skąd co chwila przybiegają z wiadomościami. Wyprowadzają wszystkich z domów. Pierwszą R., córkę, trzy młode kobiety i trzech mężczyzn. Maszyny odjechały, a może się jeszcze wrócą. Nasi schowani wychodzą z kryjówek. Teściowa dostaje ataku sercowego. Waleriana nie pomaga. Na śmierć jest zawsze pora, na to sobie każdy może pozwolić, droga otwarta. Lepiej żyć źle, ale żyć, bo zawsze jest nadzieja przetrwania. Nie zawsze jednak jesteśmy tego zdania.

Po kilku dniach wiadomości: u pani R. kryło się trzech Żydów. Rozstrzelano wszystkich wraz z gospodarzem, córką, stróżem i sąsiadem z pobliskiej willi, który tam przypadkiem zaszedł. Meble i rzeczy, które uprzednio zapieczętowano, następnego dnia po rozstrzelaniu właścicieli wywieziono.

Niemcy są narodem praktycznym, nie znoszą, aby się cokolwiek zmarnowało.

Wracamy do domu. Strojne pary spacerują po ulicach, gwar, śmiech, na rogach sprzedają kwiaty.

— Chodź — ciągnie mnie za rękaw Jurek — co to za stanie na ulicy!...