— Tak, masz rację, zatrzymywać się na ulicach nie jest wskazane, gdy idziemy szybko, twarz twoją trudniej obserwować, zlewasz się z tłumem. Tak, tak, ale to przecież mimo wszystko, mimo getta, śmierci, mimo agentów i żandarmów, mimo tropienia, łowienia, mimo obozów, jest wiosna i są kwiaty...

Zawsze z utęsknieniem czekam na noc. Wtedy kładziemy się spać. Jestem tak zmęczona, że momentalnie prawie zasypiam. Leżymy obok siebie. Możemy szeptać sobie to wszystko, o czym myślimy, a co w ciągu dnia może być podsłuchane przez czyjeś niepowołane ucho.

— Chciałabym tak przy tobie usnąć i więcej nie obudzić się!

Czasem mam chęć zażyć luminal, ale Jurek odrzuca to.

— Trzeba przeżyć!!!

— Ale przecież to niemożliwe, Jureczku.

— Możliwe, kochanie, zawsze może być gorzej.

Często płaczę. Mama, ojciec, cały tłum ludzi przesuwa mi się przed oczyma. Krewni, znajomi, przyjaciele, którzy dziś już nie żyją. Jak się to stało, może ja śnię! Łkam, wtulona w ramiona Jurka.

— Emuś, masz przecież mnie.

— Bez ciebie przecież ani minuty bym nie żyła, ty i ja to jedno. Ale zrozum, ja ciągle przeżywam ich mękę, ich strach, Boże, Boże!!