Nazajutrz od rana muszę się przyjemnie uśmiechać. „Pokazywać spokojną twarz”. Marysia, sąsiadka Bielińska oraz ludzie zatrudnieni w pracowni protez przynoszą codziennie jakieś nowinki polityczne albo „żydowskie”. Tu wykryto kryjówkę w podziemiu, to znów na Złotej, o kilka bram od nas zatrzymany przez policję Żyd wystrzelił. Jednego z policjantów zabił, reszta rzuciła się za nim. Zdążył wpaść do domu. Zamknięto bramę, przyjechała maszyna z żandarmerią, będzie rewizja. Jeśli go tam nie znajdą, bo może uda mu się przez dachy przejść, to mogą całą ulicę zablokować. Tak, wszystko możliwe, dla jednego Żyda warto przeszukać całą ulicę, warto kilkudziesięciu żandarmów posłać na robotę. Ciekawe tylko, że cena życia żydowskiego tak niska, właściwie bezwartościowa w mordowaniu, ma tak wielką wartość w tropieniu go. Tak się to składa.
Mijają dni. Marysia i jej luby, ten sędziwy geometra, coraz to przypominają nam termin wyprowadzki. Marysi ciężko obyć się bez stołowego, a oprócz tego dozorca i rządca wspominali już kilkakrotnie o tym, że nie jesteśmy meldowani. Pewnego dnia znów jedziemy na Sadybę, na balustradzie powiewa ręcznik, droga otwarta.
Pani J. z dziećmi na szczęście udało się wyprowadzić. Mieszka teraz niedaleko. Eryka wysłano pod Kraków. Matka i Zosia jakoś żyją. Tego dnia Rakowska i Inka są w dobrych humorach.
— Chodźmy nad wodę, porozmawiamy!
Ale obie, zapominając o ostrożności, wołają:
— Tam nikt nie przyjdzie, już na pewno uspokoiło się!
Siedzimy, gawędząc, godzinę.
Nazajutrz niedziela. Jurek pojedzie rano do Grójca, może tam jest jakaś praca. Listu z Krakowa na razie nie ma, ale może każdego dnia przyjść. Najgorzej, że tracimy znów mieszkanie...
W końcu żegnamy się. Inka ma nas odprowadzić do przystanku. Kilka kroków za furtką Jurek zatrzymuje się.
— Zapomniałem wziąć tytoń.